COVID-19 uwięził nas wszystkich na wiele miesięcy w domach. Na początku wszyscy narzekaliśmy, nie mogliśmy przyzwyczaić się do nowej sytuacji! Ale człowiek jako istota rozumna ma zdolność przystosowania się do nowych warunków i w efekcie znajduje pozytywy w nowej rzeczywistości. Konieczność pozostania sam na sam z własnymi myślami oraz czas na przegląd starych albumów, archiwów spowodowały, że do cyklu moich wspomnień zaprosiłem przyjaciół i znajomych z zaświatów...
Istnieje kilka powodów, dla których Tadeusz Dyl znalazł miejsce w moim informatorze biograficznym. Wspominam go głównie ze względu na wspaniałą rolę przywódczą, jaką odegrał, kierując zasobem podległych pracowników i w tym czasie zyskując duży autorytet wśród załogi, pomimo dość krótkiego żywota. Tadeusz w powiatowej polityce, następnie w przemyśle lniarskim znalazł się na szczycie drabiny i przez to budził pozytywny respekt, poszanowanie i zainteresowanie.
Tadeusz Dyl na dyrektora naczelnego PZPL „Lenpol” w Szczytnie został mianowany 1 maja 1976 roku. Do zakładu, w którym wówczas pełniłem obowiązki głównego mechanika, doszlusował wraz ze swoją sympatyczną żoną Haliną poznaną na studiach w Kortowie.
Halina, która z pochodzenia była łodzianką, nie zważając, że nie wróci do wielkiego miasta – natychmiast po zakończeniu studiów, 14 czerwca 1969 roku poślubiła Tadeusza i cierpliwie podążała za nim, towarzysząc mu we wszystkich szczeblach kariery zawodowej.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Ta potoczyła się błyskawicznie, po trzymiesięcznym stażu został powołany na stanowisko kierownika Zakładu Doświadczalnego w Łężanach. Od 1 maja 1970 roku pełnił funkcję dyrektora PGR Mojtyny.
Do Szczytna małżonkowie Dyl przeprowadzili się w połowie października 1974 roku i zamieszkali na ul. Chrobrego 14. Tadeusz podjął pracę w Komitecie Powiatowym PZPR, zajmując się sprawami rolnymi naszego powiatu.
Nie oszukujmy się - praca w komitecie partyjnym mu nie odpowiadała, on tam nie mógł rozwijać swojego potencjału! Robił wszystko, żeby wyrwać się do przemysłu. Okazja nadarzyła się pod koniec 1975 roku i został powołany na Zastępcę Dyrektora ds. Kontraktacji i Skupu w Północnych Zakładach Przemysłu Lniarskiego w Szczytnie, by po pół roku awansować na dyrektora naczelnego. Wówczas zamieszkał w naszym nowo wybudowanym bloku na ul. Chopina nr 1. Mieszkałem wówczas w sąsiedniej klatce schodowej.
W Szczytnie państwo Dyl doczekali się potomstwa. Na świat przyszedł syn Mateusz i córka Urszula.
Do dzisiejszego dnia utrzymuję przyjacielskie układy z Haliną, a szczególnie z ich córką Urszulą, która organizuje plenery malarskie w Chochole!
Pracując pod sterami Tadeusza, najpierw jako główny mechanik, następnie będąc przez pięć miesięcy jego zastępcą ds. technicznych wiele się od niego nauczyłem w zarządzaniu. Przede wszystkim Tadeusz idealnie rządził w Lenpolu! Po prostu umiał sobie radzić w gąszczu problemów i tematów w tym molochu. Ponadto miał wewnętrzną samodyscyplinę, dzięki której osiągał sukcesy. Robił co trzeba, kiedy trzeba i bez względu na to, czy się chce, czy nie. Mieszkaliśmy wówczas, jak wcześniej wspomniałem, w mieszkaniach zakładowych w sąsiednich klatkach schodowych na ul. Chopina nr 1 w Szczytnie. Tadeusz niejednokrotnie wyrywał mnie z mieszkania na lustrację zakładu, czy to w nocy czy po południu – bo produkcja szła czterozmianowa. Miał wrodzoną asertywność. Był samodzielny, nie potrzebował motywacji z zewnątrz czy opieki. Potrafił dopiąć zadanie do końca samodzielnie. Miał wewnętrzną charyzmę, potrafił wskrzesić iskrę w ludziach. Wyzwolić zapał do pracy.
Jednym zdaniem, posiadał wszystkie cechy, dzięki którym naszemu zespołowi pracowało się super dobrze.
Z Tadeuszem wiele razy wyjeżdżałem służbowo i prywatnie poza Szczytno. W marcu 1980 roku pojechaliśmy do Niemieckiej Republiki Demokratycznej. W Dreźnie w dużym sklepie typu „DOM TOWAROWY” rozdzieliliśmy się, żeby nie kupić podobnych prezentów, a nabywało się wówczas buty, bo u nas w Polsce brak było tego towaru. Wieczorem w hotelu patrzymy, a my kupiliśmy identyczne półbuty dla żon, a dla siebie w takim samym kolorze buty wyjściowe firmy„Salamandra”.
W marcu 1980 roku Tadeusz zachorował, trafił do naszego powiatowego szpitala, gdzie podejrzewano wyrostek robaczkowy ze względu na ostry ból brzucha. Tymczasem okazał się to zator tętnicy jelita grubego. Nieudolnie operowano go dwukrotnie w Szczytnie, następnie przewieziono do Olsztyna i na koniec do Łodzi. Ówczesna wiedza medyczna nie pozwoliła utrzymać go przy życiu, ponieważ w czasie choroby stracił 90% jelit. Zmarł w dzień ojca, 22 czerwca 1980 roku, przeżywszy 35 lat, nie doczekawszy pierwszych urodzin córki Urszuli i trzecich syna Mateusza.
Jego żona Halina wspomina, że Tadeusz mawiał, że ma plany na 10 lat po skończonych studiach, dalej nie wiadomo co będzie…
Leszek Mierzejewski
(cdn.){/akeebasubs}
