Łączenie klas w szczycieńskich podstawówkach powoduje, że nauczyciele wychowania fizycznego muszą się nieźle nagimnastykować, aby zrealizować choćby minimum z podstawy programowej. Żeby uniknąć tłoku w salach gimnastycznych, dzieci wychodzą na spacery albo do małych salek przeznaczonych do ćwiczeń korekcyjnych. - Boli nas to, że pracujemy w takich warunkach – skarży się pragnący zachować anonimowość nauczyciel wychowania fizycznego.
SKUTKI OSZCZĘDZANIA
To, że w szczycieńskich szkołach z roku na rok ubywa uczniów, nie oznacza wcale, że warunki do prowadzenia zajęć się poprawiły. Wprowadzane oszczędności, a zwłaszcza łączenie klas na zajęciach wychowania fizycznego, ma swoje negatywne skutki. O problemie zrobiło się głośno już ponad rok temu, kiedy przewodnicząca Rady Miejskiej i nauczycielka w Szkole Podstawowej nr 3 Beata Boczar podczas jednej z komisji sygnalizowała, że w jej placówce na jednej godzinie lekcyjnej w sali ćwiczą w sumie trzy grupy liczące ogółem 70 uczniów. Obawy związane z bezpieczeństwem dzieci wyrażał wówczas na łamach „Kurka” warmińsko-mazurski wicekurator oświaty Marek Szter. - Mam wątpliwości, czy po pierwsze nauczyciele są w stanie zapewnić bezpieczeństwo, po drugie – czy mogą w takich warunkach realizować podstawę programową – mówił wicekurator.
NIEPOKOJĄCE DANE
Czy od tego czasu sytuacja się poprawiła? Zdaniem radnej i nauczycielki wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 6 Anny Rybińskiej – nie. Jak mówi, na zajęciach nadal jest tłok, a do tego dochodzi do sytuacji wręcz kuriozalnych.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- W jednej ze szczycieńskich szkół jedna z grup ma dwóch nauczycieli wf. Raz zajęcia prowadzi jeden, raz drugi – nie może się nadziwić Rybińska. Dodaje, że w jednym z gimnazjów utworzono grupy koedukacyjne, gdzie chłopcy ćwiczą razem z dziewczętami. Zdaniem wuefistki taka sytuacja jest niedopuszczalna. Pod koniec sierpnia wystąpiła do władz miasta z interpelacją, w której pytała m.in. o to, ile osób ćwiczy jednocześnie w sali gimnastycznej w każdej szkole. Odpowiedź, przygotowana przez dyrektorów i podpisana przez burmistrz Danutę Górską, była bardzo niepokojąca. Wynikało z niej, że np. w niewielkiej sali SP nr 3 zajęcia odbywa w tym samym czasie nawet … 72 dzieci. Sprawa ponownie trafiła na obrady komisji Rady Miejskiej. - Miasto nie zapewnia warunków do rozwoju fizycznego uczniom. Jak tak dalej będziemy robić, sport zginie – alarmowała Rybińska, powołując się na otrzymaną z urzędu odpowiedź. Tymczasem burmistrz Danuta Górska zaprzeczyła, aby w sali jednocześnie ćwiczyło ponad 70 dzieci. - Pani podała jakieś informacje o 70 osobach. Nie przyjmujemy tego jako fakt – odpowiadała Rybińskiej.
W SALCE ALBO NA BOISKU
Żeby wyjaśnić sytuację, grupa radnych wystąpiła z kolejną interpelacją w sprawie liczebności uczniów w salach na lekcjach wf-u. Tym razem burmistrz poinformowała, że przekazane poprzednio przez dyrektorów dane przedstawiały ogólną liczbę dzieci uczestniczących w tym samym czasie w zajęciach wychowania fizycznego i w wyniku nieporozumienia nie odzwierciedlały szczegółowej lokalizacji tych zajęć. Burmistrz tłumaczy też, że informacje zostały zebrane na postawie przejściowych planów lekcji, które uległy modyfikacjom. Z danych przekazanych przez dyrektorów wynika, że w jednej sali nigdy nie ćwiczy 70 uczniów, czyli nie więcej niż dwie grupy jednocześnie. Żeby uniknąć tłoku, reszta dzieci wychodzi na boiska albo do mniejszych salek znajdujących się w szkołach.
- Dzielimy się rotacyjnie. Zawsze jedna z grup wychodzi. W sali przebywa maksymalnie do 50 uczniów – zapewnia Beata Boczar. Dodaje, że przy układaniu planu dyrektorzy zawsze mają kłopot przy ustalaniu godzin z wf-u, zwłaszcza że na prośbę rodziców, w czwartki i piątki lekcje kończą się wcześniej, żeby dzieci mogły zdążyć na inne pozaszkolne zajęcia.
NAS TO BOLI
Jednak zdaniem innych nauczycieli wcale nie jest tak różowo jak przedstawiają to urzędnicy i podlegli im dyrektorzy szkół.
- Generalnie jest ciasno – mówi wuefista z jednej ze szczycieńskich podstawówek. Pragnie zachować anonimowość, bo obawia się, że za swoje wypowiedzi może ponieść przykre konsekwencje. W szkole naszego rozmówcy uczniowie teoretycznie mają do dyspozycji salkę korekcyjną oraz pomieszczenie do gry w tenisa. Problem w tym, że nie można tam prowadzić normalnych zajęć i należycie realizować podstawy programowej.
- W salce korekcyjnej mogę pobawić się z dziećmi co najwyżej w głuchy telefon – mówi nauczyciel. Z kolei w pomieszczeniu do gry w tenisa kiedy czworo uczniów gra, reszta siedzi na ławce. Wychodzenie na boisko uzależnione jest od pogody. Teraz, kiedy nastała jesień, trudno wyprowadzać dzieci na ziąb i deszcz.
- Boli nas, że musimy pracować w takich warunkach – mówi nauczyciel. - Jesteśmy rozliczani z realizacji podstawy programowej, wymaga się od nas sukcesów i wyników. Tylko jak je osiągać, skoro jesteśmy traktowani jak piąte koło u wozu? - zastanawia się.
Ewa Kułakowska
{/akeebasubs}
