Na przełomie lat 50. i 60. niesłychanie popularną była książka Jarosława Haška „Przygody dobrego wojaka Szwejka”.

Dlaczego nie lubię telewizji
Starsi panowie dwaj. Kabaret telewizyjny z lat 1958-1966. Osiem artystycznych lat

Niezliczeni wielbiciele tej powieści znali ją prawie na pamięć i przy każdej okazji przerzucali się cytatami. Do dzisiaj spotykam moich rówieśników, którzy wciąż licytują się, kto zapamiętał więcej. W owych latach krążył dowcip, że w Czechosłowacji powstała praca naukowa pod tytułem „Szwejk jako takowy, a jak nie takowy, to jakowy i procz”. Po polsku to będzie: Szwejk jako taki, a jak nie taki, to jaki i dlaczego. Ten cytat powinien pasować do treści dzisiejszego felietonu. Mowy nie ma, żeby mój tekst należało traktować poważnie i naukowo.

Dla mnie telewizja może nie istnieć. Telewidzem jestem rzadkim i przypadkowym. Więc cóż ja mogę napisać poza tym, że telewizja jest taka nie taka i dlaczego (a jak nie takowa, to jakowa i procz).

Dawno temu mówiono o telewizji 11. muza (10. nazywano film). Bo też to, co mogliśmy ujrzeć na małym ekranie, miało z reguły charakter twórczy. Zahaczający o sztukę, a często nawet o jej wyżyny. Dzisiaj to tylko wspomnienie. Owo artystyczne niegdyś medium obecnie zmieniło się w wytwórnię prymitywnej, uproszczonej rozrywki. Takiej, aby była dostępna i zrozumiała dla wszystkich obywateli. Albowiem liczy się wyłącznie oglądalność, dzięki której łatwo pozyskać zleceniodawców reklam, czyli kasę. Programy z założenia ambitne, to jest elitarne, uważne są za zbędne. Zenek Martyniuk zastąpił Ewę Demarczyk. Mamy „Taniec z gwiazdami” zamiast „Tańca z szablami” (Chaczaturian), a w miejsce piosenek dwóch starszych panów zaproponowano nam festiwal przebojów grupy „Ich troje”. Dobrze, że telewizyjne stacje wpychają do swoich programów powtórki. Zwłaszcza filmowe lub teatralne. No, ale z drugiej strony przez ile jeszcze lat będziemy oglądali w święta „Potop”i „Pana Wołodyjowskiego”, czasem także „Ogniem i mieczem”, a w nocy kolejne części „Ojca Chrzestnego”?

Jak już wspomniałem, telewizja może dla mnie nie istnieć. Gdybym mieszkał samotnie, z pewnością nie miałbym odbiornika. Przyzwoity komputer całkowicie zaspokaja moje potrzeby intelektualne i artystyczne. Takie, na przykład, wiadomości mam podane niejako z pierwszej ręki i bez zupełnie zbędnych komentarzy tłumu ludzi zwołanych do telewizyjnego studia. Ci ludzie, na ogół, nic dla mnie nie znaczą i raczej nie życzę sobie, aby poprzez szklany ekran pchali się do mojego domu. Tylko po to, aby wrzaskliwie popyskować na dowolny temat. No cóż, mieszkam z rodziną. Dwa telewizory pracują niemal nieustannie, a ja muszę to jakoś znosić. Najprawdziwszym dla mnie nieszczęściem są tak zwane programy informacyjne.

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.