Na przełomie lat 50. i 60. niesłychanie popularną była książka Jarosława Haška „Przygody dobrego wojaka Szwejka”.

Niezliczeni wielbiciele tej powieści znali ją prawie na pamięć i przy każdej okazji przerzucali się cytatami. Do dzisiaj spotykam moich rówieśników, którzy wciąż licytują się, kto zapamiętał więcej. W owych latach krążył dowcip, że w Czechosłowacji powstała praca naukowa pod tytułem „Szwejk jako takowy, a jak nie takowy, to jakowy i procz”. Po polsku to będzie: Szwejk jako taki, a jak nie taki, to jaki i dlaczego. Ten cytat powinien pasować do treści dzisiejszego felietonu. Mowy nie ma, żeby mój tekst należało traktować poważnie i naukowo.

Dla mnie telewizja może nie istnieć. Telewidzem jestem rzadkim i przypadkowym. Więc cóż ja mogę napisać poza tym, że telewizja jest taka nie taka i dlaczego (a jak nie takowa, to jakowa i procz).

Dawno temu mówiono o telewizji 11. muza (10. nazywano film). Bo też to, co mogliśmy ujrzeć na małym ekranie, miało z reguły charakter twórczy. Zahaczający o sztukę, a często nawet o jej wyżyny. Dzisiaj to tylko wspomnienie. Owo artystyczne niegdyś medium obecnie zmieniło się w wytwórnię prymitywnej, uproszczonej rozrywki. Takiej, aby była dostępna i zrozumiała dla wszystkich obywateli. Albowiem liczy się wyłącznie oglądalność, dzięki której łatwo pozyskać zleceniodawców reklam, czyli kasę. Programy z założenia ambitne, to jest elitarne, uważne są za zbędne. Zenek Martyniuk zastąpił Ewę Demarczyk. Mamy „Taniec z gwiazdami” zamiast „Tańca z szablami” (Chaczaturian), a w miejsce piosenek dwóch starszych panów zaproponowano nam festiwal przebojów grupy „Ich troje”. Dobrze, że telewizyjne stacje wpychają do swoich programów powtórki. Zwłaszcza filmowe lub teatralne. No, ale z drugiej strony przez ile jeszcze lat będziemy oglądali w święta „Potop”i „Pana Wołodyjowskiego”, czasem także „Ogniem i mieczem”, a w nocy kolejne części „Ojca Chrzestnego”?

Jak już wspomniałem, telewizja może dla mnie nie istnieć. Gdybym mieszkał samotnie, z pewnością nie miałbym odbiornika. Przyzwoity komputer całkowicie zaspokaja moje potrzeby intelektualne i artystyczne. Takie, na przykład, wiadomości mam podane niejako z pierwszej ręki i bez zupełnie zbędnych komentarzy tłumu ludzi zwołanych do telewizyjnego studia. Ci ludzie, na ogół, nic dla mnie nie znaczą i raczej nie życzę sobie, aby poprzez szklany ekran pchali się do mojego domu. Tylko po to, aby wrzaskliwie popyskować na dowolny temat. No cóż, mieszkam z rodziną. Dwa telewizory pracują niemal nieustannie, a ja muszę to jakoś znosić. Najprawdziwszym dla mnie nieszczęściem są tak zwane programy informacyjne. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Tak naprawdę - polityczno propagandowe. Każda stacja, niezależnie od politycznego usytuowania, proponuje partyjne spektakle popierające swoich zwolenników i zohydzające przeciwników. Zapraszani rozmówcy, to z reguły postacie wyraziste i kontrowersyjne, bo tacy stanowią atrakcję dla widza. A to, że ich intelektualny poziom jest raczej mało imponujący, to już ma znaczenie drugorzędne. Najważniejsze, że naród ma uciechę, słysząc jak hałaśliwie trajkoczą, wciąż sobie przerywając. Co do prowadzących owe publicystyczne pyskówki, to bywa różnie. Jak dla mnie najlepszymi dziennikarzami dysponuje TVN. Gorzej z Polsatem. Kiedy widzę na ekranie Grzegorza Jankowskiego, w otoczeniu zaproszonych gości, wychodzę z pokoju. Jego afektowany, manieryczny sposób mówienia, ze szczególnym zaśpiewem, kojarzy mi się głównie z przekupniami zachwalającymi swój towar na dawnym bazarze Różyckiego w Warszawie. Natomiast na dobre mu wyszło to, że dzisiaj jego goście pojawiają się na ekranach, a nie „na żywca” w studio. Kiedy jeszcze niedawno siadywali przy stoliku, naprzeciwko prowadzącego, to zawsze czekałem, kiedy pan Jankowski wydłubie rozmówcy oko. Niezwykle sugestywnie gestykulował. Po prostu uwielbia machać łapami. Nieco inaczej patrzę na przekazy TVP INFO. To już szczytowo propagandowa stacja. Ale zauważyłem, że ostatnio poziom redaktorów prowadzących publicystyczne rozmowy jakby nieco poszedł do góry. Taki na przykład Michał Rachoń. Jeszcze niedawno czołowy propagandzista stacji. Uważałem go za wzór chamstwa i dziennikarskiej niekompetencji. Aktualnie oglądam czasem jego poranny program i jestem zdumiony zmianą. Widzę i słyszę dziennikarza opanowanego, a nawet z pewną dozą elegancji. Być może przeszedł jakieś specjalne kursy. U Kurskiego?

Zostawmy tę publicystykę. Za co jeszcze nie lubię telewizji? Za powielanie w rozrywce zachodnich wzorców. Polskie wersje zagranicznych programów rozrywkowych, to jakieś takie globalizowanie narodowych odmian poczucia humoru. A także regionalnej wrażliwości. No, ale tutaj, jako konserwatywny staruch, być może marudzę. Dzisiejsza młodzież, obyta ze światem, znająca obce języki, zapewne doskonale odbiera ów zamerykanizowany świat rozrywki.

Chciałbym jeszcze, na zakończenie, napisać o fenomenie popularności wszelakich seriali. Jest to zjawisko na skalę światową, czyli znak czasu. Współczesnych seriali nie oglądam. Pomijam ich wartość literacką. Poraża mnie tandeta realizacji, choć rozumiem, że jeśli produkuje się przez kilkanaście lat kolejne odcinki filmowe, to nie ma mowy o jakiejkolwiek sztuce aktorskiej, reżyserskiej, operatorskiej, czy innych walorach przynależnych sztuce filmowej. Temat seriali chętnie bym rozwinął, ale brak już miejsca. Zatem nie będę dalej marudził, a wszystkim rasowym telewidzom życzę przyjemnego odbioru ich ulubionych programów.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}