Tytuł dzisiejszego felietonu ma charakter symboliczny. Niegdyś owo tytułowe określenie miało charakter pejoratywny i dotyczyło absolwentów uczelni technicznych.

Oznaczało ono, że taki dyplomant - inżynier potrafi wprawdzie liczyć, a także zaprojektować stalowy most, lub statek morski, ale z czytaniem, to u niego znacznie gorzej. Taki techniczny inteligent, na przykład, nie potrafi wymieni ani jednego tytułu z dramatów i komedii Williama Szekspira, a Juliusz Słowacki myli mu się z Adamem Mickiewiczem. Dzisiaj patrzymy na to zupełnie inaczej. Poziomu inteligencji nikt już nie uzależnia od wykształcenia. Przede wszystkim ten, kto ukończył jakiekolwiek studia, nie staje się natychmiast inteligentem. Póki co jest on zwyczajnym wykształciuchem, to jest człowiekiem, którego nauczono konkretnego zawodu. Obojętne - technicznego, czy też humanistycznego. Na razie posiadł on wiedzę praktyczną, tak jak po szkole zawodowej, tyle że na znacznie wyższym poziomie. Tymczasem termin inteligent obejmuje nieco większy zakres talentów nabytych i wrodzonych, jak choćby zakres wiedzy zdecydowanie wykraczający poza zawodową konieczność. Także osobistą wrażliwość, umiejętność kojarzenia zjawisk i wyciągania z nich wniosków, a także znajomość zasad savoir vivru. No i, oczywiście, poczucie humoru.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Pomedytujmy zatem, co to jest ta inteligencja. Najpierw rozprawię się z owym „zabytkowym” podziałem na inteligencję techniczną i normalną, czyli humanistyczną. Tutaj wspomnę mój okres akademicki. Studiowałem w Warszawie architekturę. Był to wydział Politechniki Warszawskiej, a więc uczelni technicznej. Kształcono nas zatem na inżynierów, czyli, oprócz projektowania, wtłaczano w nas elementy wyższej matematyki, zwłaszcza geometrii wykreślnej, a także fizyki - głównie statyki oraz wytrzymałości materiałów. Oprócz tego, przez całe studia, uczono nas rysunku, malarstwa i rzeźby, co było niezbędne dla architekta, w epoce przedkomputerowej. Ale poza owym, stricte zawodowym zestawem umiejętności, serwowano nam wykłady z kilku przedmiotów humanistycznych. Na przykład historii sztuki. Malarstwo i architektura, to jeszcze wiąże się z zawodem, ale już historia muzyki, albo teatru nijak nie są przydatne dla projektanta - architekta. To były akademickie próby wyhodowania inteligenta. Do dzisiaj pamiętam, jak umordowałem się na egzaminie z historii muzyki, kiedy wylosowałem twórczość Richarda Wagnera. Ale dzisiaj cieszę się, że miałem przypadkowe szczęście, iż trafiła mi się akurat tak inteligentna uczelnia, jak Politechnika Warszawska. Warto dodać, że to przy niej działał klub „Stodoła” ze słynnym kabaretem, a także studencki teatr dramatyczny w budynku „Riwiery” oraz zespół pantomimy. Oprócz tego znakomity, sławny w Europie chór, oraz cały szereg zespołów muzycznych. Toteż w moich czasach dwuznaczny termin „inteligencja techniczna” przestał być obraźliwy.

Dzisiaj, w naukowych opracowaniach, wymienia się kilka rodzajów inteligencji. Wspomnianą inteligencję techniczną określa się, jako nowy typ inteligencji (IT). Istnieje nawet test pozwalający ocenić własne możliwości. Oczywiście nadal, za najważniejszą uchodzi tradycyjna forma, określana jako IQ. O niej napiszę za chwilę, ale przed tym wymienię jeszcze jedną ciekawą odmianę inteligencji, czyli inteligencję sztuczną. A zatem teraz kilka słów o słynnych testach na iloraz inteligencji, czyli IQ . W roku 1946 założono międzynarodowe stowarzyszenie ludzi o wysokim ilorazie inteligencji. Aby ocenić jej poziom przygotowano specjalny test IQ. Do nowo powstałej organizacji przyjmowano wyłącznie 2% tych z najlepszymi wynikami. W Polsce, aby uznano cię za inteligentnego, należy osiągnąć 130 testowych punktów. W innych krajach różnie. Przyznam, że ja na ogół miewałem dość dobre wyniki, ale ogólnie rzecz biorąc cały ten system uważam za bzdurę. Testy wymyślone 75 lat temu mają się do współczesności jak dyliżans do ekspresowego pociągu. Poza tym są to raczej łamigłówki niż tematy związane z rzeczywistością. W tej zabawie hobbyści - szaradziści zdecydowanie górują nad wykształconymi naukowcami. Mimo to mam znajomego, który z niebywałą dumą obnosi się z przynależnością do klubu Mensa. Bywa. Przypomina mi się natomiast pewien dawny epizod z życia artystów, kiedy to Wojciech Młynarski przystąpił do rozwiązania testu IQ. Wynik wskazywał na poziom kretyna. Wkrótce namówiono go na ponowną próbę. Wyszło tak samo. Pamiętam jak później pytał nas biedaczysko - aczkolwiek z niejakim rozbawieniem - czy on naprawdę jest aż tak mało inteligentny? I cóż mogliśmy powiedzieć mu na pociechę?

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}