W tym tygodniu rozpoczynamy publikację fragmentów autobiograficznej książki Leszka Mierzejewskiego pt. „Mój mały świat”. Autor to człowiek wielu pasji – twórca powieści obyczajowych, malarz, rysownik i myśliwy. W najnowszej książce opowiada m.in. o czasach swojej młodości spędzonej w Szczytnie, przyjaciołach i znajomych, nie unikając przy tym nawiązań do aktualnych wydarzeń, czego dowodem jest publikowany w tym numerze fragment wspomnień.
20 marca 2020 roku podczas ogólnopolskiej akcji zwalczania koronawirusa, wybrałem się do sklepu, aby zakupić materiały malarskie.
Skłamałbym twierdząc, że nie interesuję się nową epidemią, przecież choroba przełamała wszelkie granice i stała się problemem globalnym. Na bieżąco śledzę sytuację w naszym kraju. Właśnie dziś Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 70 nowych przypadkach zakażenia wirusem. Jest wśród nich i 5 osób z województwa warmińsko-mazurskiego, na szczęście nikogo z naszego powiatu szczycieńskiego. Nie wiadomo, czy przetrwamy, jeśli szybko gdzieś nie wynajdą szczepionki przeciw tej chorobie. Identycznie jak przeciwko ospie, gdy wirus zabijał co trzeciego człowieka na ziemi.
Wyjeżdżając z garażu od razu zauważyłem, że na ulicy Tetmajera pusto niczym o dwunastej w nocy, a jest samo południe! Bez zatrzymywania się przejechałem przez skrzyżowanie z ulicą Poznańską i Lemańską. Do tej pory miałem problemy z przejechaniem przez to cholerne skrzyżowanie! Niesforni kierowcy skręcający z ulicy Solidarności na Lemańską wymuszają pierwszeństwo przejazdu.
Dopiero na ulicy Solidarności przed „Lewiatanem” minął mnie pierwszy samochód.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Posmutniało mi lico, gdy przejeżdżałem obok Wyższej Szkoły Policji. Zwolniłem, wlokąc się koło za kołem, patrząc na puste mury szacownej uczelni. Nie było gwaru, nie było tłumu przemieszczających się młodych dziewczyn i chłopców. Serce wolno mi biło, bo mam sentyment do tej placówki, tu całe zawodowe życie spędziła moja starsza córka Iza, pracując jako wykładowca psychologii. Tu zięć mój Krzysztof zatrudniony był w wyższej kadrze oficerskiej. Rok temu odeszli na emerytury…
Nacisnąłem pedał gazu, przejechałem ulicą Broniewskiego, skręciłem w prawo i poczułem się jak na przedmieściach Warszawy. Ulica Piłsudskiego to już nie ta szara i zaniedbana arteria. To nowoczesna ulica po przebudowie! Dwukierunkowa - tylko ruch znikomy! Za moment skręciłem w lewo w ulicę Moniuszki i przed najmniejszym rondem w Szczytnie zaparkowałem pojazd, rzucając się w wir zakupów. Super sprawa, nikt mi nie przeszkadzał – byłem sam w sklepie „Hapis”. Z nudów pomagało mi dwóch sprzedawców, w tym jeden zaprzyjaźniony. Po zakończeniu transakcji odkaziliśmy ręce i pożegnaliśmy się łokciami. Wsiadłem z zakupami do samochodu i tą samą trasą wróciłem na ul. Klonową.
Przed wejściem do mojej części szeregowca zerknąłem na posesję sąsiada, ale u Tadeusza cisza i spokój. Czyżby wyjechał do swoich dzieci do Niemiec? Niemożliwe, prawdopodobnie schował się przed koronowirusem! Pozostałych sąsiadów z mojego szeregowca nie znam, szkoda gadać! Kiedyś sąsiad był jak członek rodziny. Pamiętam, gdy byłem podrostkiem i mieszkałem na ulicy 1 Maja 7, to dorośli sąsiedzi zapraszali się na imieniny, urodziny, nawet wieczory spędzali razem. My, chłopaki w tym czasie grandziliśmy. Całymi dniami buszowaliśmy na ulicy 1 Maja, Barcza, Żeromskiego... Niestety, ze starej gwardii nie mam nikogo z sąsiadów. O nowych lokatorach wiem niewiele. Wyjątek to Tadeusz, z którym znamy się z czterdzieści lat, a może więcej, jeszcze z czasów „lenpolowskich”. Porządni sąsiedzi. Dwa domy wcześniej mam przyjaciół „po strzelbie”, Leszka i jego syna Rafała – teraz spotykamy się sporadycznie, tylko na polowaniach.
Moi prawdziwi przyjaciele wykruszyli się selekcją naturalną. Kumplostwo porozlatywało się po śmierci Jurka Jusisa. Jeszcze do 1999 roku trzymaliśmy sztamę, jak jedna rodzina: Krzysztof Krakowski, Tadeusz Szyszka, Andrzej Pleskot, Leon Radziszewski, śp. Lech Bzura, Stefan Bigus, Mirosław Kaczyński, Janek Prusik, śp. Kazimierz Kiedrowski i ja Leszek Mierzejewski – zresztą popatrzcie na zdjęcie. Kilka lat wcześniej doszlusował do nas śp. Włodzimierz Włodarczyk, który nie załapał się w kadrze.
Część życia dwóch osób, opisałem w dalszej części książki, bo ich skrócone biografie warte są wspomnień. Wiele wnieśli do rozwoju Szczytna, mam na myśli śp. Jurka Jusisa i śp. Włodka Włodarczyka, których znałem od podszewki, a obecnie śmiech mnie ogarnia, gdy ktoś opowiada o nich historie z trzecich ust zasłyszane.
Tak prawdę mówiąc, w obecnej dobie koronowirusa, brak spotkań towarzyskich, unikanie kontaktu z innymi ludźmi, pozostanie w domu jest stokroć wskazane. Przecież w Lombardii, gdzie doszło do największej liczby zachorowań, media donosiły o początkowym lekceważeniu wirusa i braku samodyscypliny, choćby w kontaktach z innymi ludźmi.
Wróciłem do mieszkania z nurtującą mnie myślą, że koronowirus zmienił cały świat i nasze tradycyjne życie, które przewrócone zostało do góry nogami. Nie, nie, to nie będzie do śmiechu, sprawa jest poważna. Że świat się zmieniał i to momentalnie, to normalka, przecież jeszcze niedawno byłem niemowlakiem, młodzieńcem, dorosłym człowiekiem, a już jestem emerytem. Przecież nie tak dawno rozważałem różne aspekty schyłku dziewiętnastego wieku. Żegnałem z łezką w oku stary świat, a tu już zostaliśmy zagrzebani po uszy w dwudziesty pierwszy wiek, który przyniósł tyle nadziei, tyle szczęścia, ile sobie każdy z nas życzył. Mnie obchodziło moje podwórko. Nie mogę narzekać, napolowałem się do woli w trzech kołach: w „Świcie”, „Sokole” i nadal poluję w „Rysiu” Dźwierzuty. Zebrałem walizkę doświadczeń oraz bogate wspomnienia. Spisałem historię niezwykłych spotkań i przygód myśliwskich. Napisałem dziesięć książek i namalowałem setki obrazów…
A tymczasem. Tymczasem koronowirus to jakby ostatnia chwila przed prawdziwym końcem świata. Jak będzie dalej? Tajemnica? Nie bądźmy zbyt ciekawi, ciekawość – pierwszy stopień do piekła, więc siedźmy w domu i czekajmy na początek nowego świata, a faktycznie na zabicie lub samoistne wymarcie koronowirusa!
Dla zabicia czasu, dla tych co siedzą z przymusu w domu, zacznę jednak od początku. Otóż mam siedemdziesiąt cztery lata i raczej szczególny stan posiadania: znaczną emeryturę, swój lewy i prawy staw, serce po wyleczonym kołataniu, nadciśnienie, prawdopodobnie chorobę nerek, zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa, tę samą żonę od przeszło pięćdziesięciu lat. Czego nie mam, to denka od słoików w okularach, dzieci i wnuków na miejscu, bo mieszkają jedni w Gdańsku, drudzy w Warszawie. Wnuków małych, żeby ich przytulić i wycałować. Zresztą dzieci gdy dorosły, to twierdzą, że całowanie jest niehigieniczne! Chyba że im grosz od dziadków potrzebny, to obcałowują we wszystkie odkryte miejsca. Teraz, w dobie koronowirusa, to normalka, że z całowaniem dajmy sobie na spokój!
- Leszek! Obiad stygnie na stole, a ty znów w internet się gapisz! - rozdarła się moja małżonka. Zszedłem do jadalni, tłumacząc jej, że w czasie pandemii koronowirusa i związanej z nią masowej kwarantanny korzystanie z internetu w domu ułatwia mi komunikowanie się, zdobywanie informacji, wiedzy, załatwianie spraw w urzędach, bankach i innych instytucjach. Dziś, nie wychodząc na zewnątrz, mogę zrobić zakupy, przelewy, rozliczyć się… Ponadto internet ułatwia mi pisanie moich książek, jest mi pomocny w malowaniu obrazów…
- Skończ ze swoimi wywodami, zupa stygnieeee!
Leszek Mierzejewski{/akeebasubs}
