Powiem szczerze, choć może będzie mi to poczytane za chęć postawienia siebie na piedestale, ale nie poleniuchowałem za wiele po opuszczeniu „fuchy”, a prawdę powiedziawszy posady w służbie zdrowia. Jeszcze tego samego dnia Janusz Jastrzębski wpadł do mnie z propozycją od Burmistrza Miasta zatrudnienia w magistracie.
Oferta była kusząca - miałem wizję unormowanego czasu pracy, złudzenie rozbudowanego funduszu socjalnego oraz widmo wielu świadczeń wynikających z Kodeksu pracy dla pracowników budżetowych! Ale co najważniejsze: - Koniec - pomyślałem - z ciągłymi potyczkami z przemądrzałymi pseudomedykami! To tylko niektóre z zalet, które widziałem w pracy przyszłego urzędnika administracji samorządowej! Przez jeden dzień łamałem sobie głowę, zanim podjąłem decyzję. Ponadto wyobrażałem sobie potencjalnie dość dobre zarobki i prestiż wynikający z zawodu urzędnika magistratu. Do tego dochodził fakt, że o stanowisko inspektora w dziale inwestycji mogli ubiegać się tylko wybrańcy, a w moim przypadku Burmistrz Henryk Żuchowski sam zaoferował mi posadę!{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Więc skusiłem się i następnego dnia, tj. 5 maja 1999 roku podjąłem pracę w Wydziale Inwestycji Urzędu Miasta w Szczytnie. Rzeczywistość z biegiem dni i lat wyglądała zgoła inaczej niż sobie wyobrażałem!
Przepracowałem w magistracie do 31 grudnia 2003 roku. Wykonywałem pracę pod rządami trzech burmistrzów i dwóch naczelników, aż przesiadłem się w dniu 1 stycznia 2004 roku na samodzielny fotel dyrektora Zakładu Gospodarki Komunalnej. Funkcjonowałem tam do emerytury, na którą przeszedłem 1 marca 2009 roku.
Powracając do 5 maja 1999 roku, Burmistrz Henryk Żuchowski wiedział co robi, on super wykalkulował na kogo stawia! Przecież, nie chwaląc siebie, byłem fachowcem wysokiej klasy! Posiadałem wyższe wykształcenie techniczne, ponad 35-letnią praktykę zawodową, uprawnienia budowlane o specjalności sanitarnej, z wieloma kursami i specjalnościami! Nawet uzyskałem tytuł czeladnika i mistrza w zawodzie. Miałem tylko jeden feler - nie umiałem jeszcze obsługiwać komputera! Powody były dwa. Po pierwsze, były to początki wprowadzania komputeryzacji na stanowiskach pracy w Polsce. Po drugie, w moim przypadku w poprzedniej pracy czynność tę wykonywała za mnie sekretarka, a moim podstawowym oprzyrządowaniem biurowym była centralka telefoniczna, zamiast laptopa.
Pamiętam dokładnie, gdy za mojego dyrektorowania zakupiliśmy pierwszy komputer do szpitala - wówczas nikomu nie przyszło do głowy, że wynalazek ten niedługo również będzie powszechny i w gospodarstwach domowych! Nikt z nas nie przewidział, że oprócz dobrych stron będzie miał złe. Spowoduje wyobcowanie, zaburzy relacje międzyludzkie, oddalać będzie najbliższych od prawdziwego życia i od miłości w rodzinie, a co najważniejsze będzie uzależniać! Nie przypuszczałem, że za 20 lat w zalewie informacji ciężko będzie oddzielić prawdziwe od fałszywych, że będę narażony na przeróżne oszustwa, hejty i manipulację. Nikt wówczas z nas, kto siadał do komputera, nie myślał, że zmienia się nasze życie i nasz świat patrząc z drugiej strony - na lepsze! Że będziemy z niego korzystali w pracy, w domu, na wczasach i w podróży. Ułatwi nam komunikowanie się, zdobywanie informacji, wiedzy szkolnej, załatwianie spraw w urzędach, bankach – w szczególności teraz przy panującej pandemii. Że na każdym rogu powstaną sklepy komputerowe z nowoczesnym sprzętem oferujące nam ich wybór, podzespołów komputerowych i akcesoriów. Gdy wchodzi się na małą powierzchnię sklepu, to widzi się wielki świat nowoczesnych produktów, a wśród nich: urządzenia AGD, sprzęty RTV z różnych półek cenowych, nowoczesne tablety multimedialne, topowe smartfony, wysokiej klasy aparaty cyfrowe i kamery, a także spory wybór urządzeń oraz akcesoriów biurowych, które są niezastąpione w firmie lub domowym zaciszu.
Leszek Mierzejewski
Cdn.{/akeebasubs}
