Z Jurkiem znaliśmy się jak łyse konie - prywatnie, zawodowo i na polu myśliwskim. Znałem całą jego rodzinę, oj, skłamałbym! Nie zdążyłem poznać tylko ojca.
Rodzice Jurka, Bolesław i Zofia, pochodzili z Litwy. Na Mazury przyjechali tuż po wojnie, w maju 1945 roku. Najpierw zamieszkali w Ostródzie a następnie ojciec jako leśniczy został skierowany do pracy w nadleśnictwie Korpele i zamieszkał w Gromie. W 1948 roku objął pobliskie leśnictwo i zamieszkali w leśniczówce „Wrzos” nad jeziorem Sasek Wielki.
Jurek urodził się w 1949 roku i wychował w tej właśnie przepięknej leśniczówce nad uroczym jeziorem, po drugiej stronie Kobyłochy. Ojciec Bolesław cały czas pełnił funkcję leśniczego. Jurek był rozpieszczony, gdyż dorastał w otoczeniu czterech sióstr: najstarszej Danuty, starszej Lilki i młodszych od niego Bożeny i Jolki.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Po edukacji w podstawówce, do której uczęszczał w Gromie, dostał się do Technikum Budowlanego w Olsztynie, które ukończył w 1968 r., uzyskując tytuł technika budowlanego. Pobierając w Olsztynie nauki poznał przyszłego proboszcza ks. Roberta Dziewiatowskiego, który również uczęszczał do wyższej klasy tego samego technikum.
Studia wyższe Jurek skończył w trybie zaocznym, na Wydziale Budowlanym Akademii Rolniczo-Technicznej w Kortowie. Tam uzyskał tytuł inżyniera budownictwa lądowego. Zdobył też stosowne uprawnienia budowlane, które pozwoliły mu samodzielnie kierować budowami, między innymi w Pasymiu, Olsztynie i w Szczytnie. W początkowym okresie, Jurek pracował w Przedsiębiorstwie Budownictwa Komunalnego na ul. Wincentego Pola w Szczytnie, awansując do stanowiska zastępcy dyrektora. Następnie powierzono mu dyrektorowanie Zakładem Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Szczytnie. Po zmianie ustroju założył prywatny biznes, tj. zakład remontowo-budowlany mieszczący się w byłej stolarni ZGKiM na ul. Poznańskiej w Szczytnie.
Zmarł 8 kwietnia 1999 roku w wieku zaledwie 50 lat! Jego żona - Urszula też odeszła przedwcześnie, równo 20 lat po mężu. Ich jedynak, syn Wojtek zmarł najmłodziej, bo jako trzydziestolatek w 2016 roku.
Jurek miał wiele miłości: myślistwo, kolegów, wódeczkę, spotkania towarzyskie, rasowe psy myśliwskie i rządzenie w pracy. Ale jak go dobrze znałem, to na pierwszym miejscu zawsze stawiał łowiectwo odziedziczone w genach po ojcu Bolesławie, który był dla niego wzorem do naśladowania. Zresztą Bolesław był współzałożycielem Koła Łowieckiego „Świt” Pasym. Ojciec Jurka od początku był w zarządzie koła i do śmierci łowczym. Jurek od urodzenia mieszkając w leśniczówce „Wrzos”, bez przerwy obracał się w towarzystwie myśliwych, uczestniczył w polowaniach i głównym tematem było myślistwo! Mając zaledwie 18 lat wstąpił do Koła Łowieckiego „Świt” Pasym. Bór mu darzył, dobrym był myśliwym, społecznie działał w szeregach braci, gdyż po 5 latach został wybrany do zarządu koła. Najpierw pełnił funkcję sekretarza, następnie łowczego, a w 1992 roku Walne Zgromadzenie wybrało go przewodniczącym. Po śmierci Jurka funkcję tę piastował Kazimierz Oleszkiewicz.
Jurek był niesamowicie towarzyskim człowiekiem, wesołym, bardzo gościnnym, pełnym osobistego uroku i wysokiej kultury.
Bardzo często zabierał mnie z sobą, jako młodego stażem myśliwego, na proszone polowania zbiorowe, do różnych kół w województwie i powiecie. Dokładnie pamiętam wyjazd do jednego z kół w Olsztynie. Polowaliśmy w lasach pod Bartoszycami. Byłem mile zaskoczony i mocno zdziwiony. Jurka, jako prezesa naszego koła w Pasymiu i starego nemroda, wszyscy znali. Witali go serdecznie, jak kogoś z rodziny, co mnie jeszcze bardziej postawiło w stan osłupienia. Zapytałem go, skąd ich wszystkich zna? Jurek rzekł mi, co do dziś pamiętam: - Brać łowiecka to jak rodzina, jeżeli będziesz prawym myśliwym, to po kilkunastu latach również będziesz wszystkich znał z naszego olsztyńskiego okręgu, nie mówiąc o nemrodach z powiatu szczycieńskiego. Minęły lata, Jurek odszedł do KRAINY WIECZNYCH ŁOWÓW, z wieloma nemrodami nawiązałem więź, wielu poznałem wartościowych i wspaniałych myśliwych. Przepowiednia Jurka w 100% spełniła się, teraz ja mam wokół wspaniałych kolegów i przyjaciół myśliwych.
Nie oszukujmy się, kiedyś były inne czasy - zdarzało nam się popijać przed, w trakcie i po polowaniach.
Jurka i jego najbliższych do dziś mile wspominam - całymi rodzinami jeździliśmy opalać się nad jeziora, tak jak w sierpniu 1977 roku na „Wrzos” nad jezioro Sasek Wielki.
Jurek Jusis lubiany był przez dorosłych, młodzież i dzieci! Pracownicy traktowali go jak ojca, zwierzając i powierzając mu swoje sekrety! Przy Jurku zawsze można było spotkać kolegów, przyjaciół i znajomych, którzy znajdowali z nim wspólne zainteresowania i co najgorsze spotkania kończyły się pijaństwem, które w tamtych czasach było tolerowane. Przepisy były bardzo restrykcyjne, nadużywający ludzie byli świadomi ogromnego ryzyka, jednak nie mieli hamulców, bo w sklepach i na każdej melinie ogólnie dostępny był wysokoprocentowy alkohol! Po drugie, taka wówczas była moda, wszyscy przy każdej okazji pili, wsiadali do samochodu w stanie upojenia alkoholowego. Nietrzeźwi podejmowali pracę. Po trzecie, nadzór przymykał oczy, bo wzór szedł z wiodącego brata, z ZSRR!
Wówczas na świecie spadało spożycie alkoholu. A Polacy spożywali coraz więcej, nie tylko w pracy, ale przed i po pracy. Społeczeństwo przyzwyczaiło się do patologii. Jurek niejednokrotnie kończył z libacjami, ale przecież jako osoba publiczna codziennie spotykał się z ludźmi i wówczas nie mógł odmówić...
Moje córki wręcz przepadały za nim, dlatego też wszystkie wolne weekendy spędzaliśmy razem z rodzinami - na łonie przyrody.
Wówczas była moda na Wrzos i kto miał jakiś pojazd, to spędzał po drugiej stronie Kobyłochy wszystkie weekendy. Było bezpłatnie, czysta woda, pomost i wypożyczalnia sprzętu pływającego. Prowiant zabierało się na cały dzień z sobą. Dziś Warchały przyjęły rolę plaży i kąpieliska dla zmotoryzowanych mieszkańców Szczytna. Z tym, że to ulubione miejsce wypoczynku pomału wychodzi z mody. Powód, to nieprzebrane tłumy plażowiczów oraz b. wysokie koszty wstępu, jak i obłędnie zawyżone ceny artykułów w kramach poustawianych przy uliczce plażowej! Obłęd.
W następnych latach gościliśmy się na przemian, albo u mnie na domku w Warchałach, albo u Jusisów na Łysej Polanie.
Leszek Mierzejewski
(cdn.){/akeebasubs}
