W minioną sobotę odbył się w Szczytnie jubileuszowy, dwudziesty już JARMARK MAZURSKI. Inauguracyjna impreza miała miejsce w roku 1999. Wymyśliła ją Stanisława Ostaszewska, ówczesna kierowniczka Muzeum Mazurskiego w Szczytnie.
To ona pracowicie wyszukała miejscowych i okolicznych twórców ludowych, takich z prawdziwego zdarzenia, a nie odpustowych tandeciarzy, których wszak nigdzie nie brakuje. Co roku, w sierpniu zapraszano owych artystów rzemiosła, aby przyjechali do Szczytna, gdzie pośród malowniczych pozostałości ruin krzyżackiego zamku urządzano, początkowo niewielki, ale jakże znaczący, regionalny jarmark. Kilka lat później prezes słynnej, ogólnopolskiej spółdzielni „Cepelia” przekazał Stanisławie Ostaszewskiej, z szacunku dla podjętej przez nią inicjatywy, listę wszystkich, oficjalnie zarejestrowanych artystów ludowych z terenu całej Polski. Kilkaset osób. Taki był początek jednego z najbardziej znanych i cenionych przez turystów festynów szczycieńskich. Imprezy w części handlowej, a w części edukacyjnej. Autentycznie folklorystycznej, bez wszechobecnej na innych, współczesnych jarmarkach plastikowej, chińskiej tandety. A co do inicjatorki imprezy, to Stanisława Ostaszewska przepracowała w Muzeum Mazurskim 46 lat, z czego większość, jako kierowniczka. Jest laureatką statuetki Juranda.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Przez dziewiętnaście lat jarmark urządzany był na dziedzińcu ratusza, pośród zamkowych ruin. I oto ten dwudziesty, jubileuszowy, po raz pierwszy zorganizowano na placu Juranda. Placu, który na co dzień jest po prostu parkingiem. Wokół ruin trwają obecnie prace związane z rewitalizacją krzyżackiego zamku i teren ów jest niedostępny. Nowa lokalizacja, to poważne wyzwanie, biorąc pod uwagę zachowanie dotychczasowego, sentymentalno - historycznego nastroju, charakterystycznego dla poprzednich imprez. Wiem coś o tym, ponieważ to mnie, jako architektowi, zlecono opracowanie jarmarcznej aranżacji placu. Nie wypada, żebym sam oceniał, czy udało się stworzyć odpowiednią atmosferę, ale usłyszałem kilkanaście pozytywnych opinii od uczestników jarmarku, co oczywiście bardzo mnie ucieszyło.
No tak, projekt projektem, a tego typu zadanie trzeba jeszcze umieć zrealizować. Bezpośrednim realizatorem imprezy jest Muzeum Mazurskie w Szczytnie, wspierane przez Towarzystwo Przyjaciół Muzeum. Tutaj muszę bardzo pochwalić roboczą, muzealną ekipę pod kierunkiem Mariusza Nowaka, który to Mariusz jest obecnie prawą ręką aktualnego kierownika muzeum. Ogromny talent organizacyjny! Może nie jest to dziwne, biorąc pod uwagę, że Mariusz pracuje w Muzeum Mazurskim od roku 2006, miał więc dużo czasu, aby posiąść odpowiedni zasób wiedzy od wieloletniej swojej przełożonej Moniki Ostaszewskiej-Symonowicz, która kierowała naszym muzeum przez 19 lat, a pracowała tamże lat 25. A Monika potrafiła i potrafi wymagać. Wiem coś o tym, ponieważ prywatnie jestem jej mężem. Nic więc dziwnego, że utalentowany, młody człowiek, który miał już okazję zorganizowa około 10 jarmarków, da sobie radę. No i dał. Śpiewająco! Mimo że powstały całkiem nowe problemy wynikające z trudnej lokalizacji, Mariusz zrobił to co trzeba w sposób imponujący, zresztą wspólnie z otrzaskaną w bojach starą muzealną ekipą. A są to same panie, łącznie z poproszoną do współpracy emerytką Danusią, bez której doświadczenia nie udałoby się przeprowadzić przyzwoitej rejestracji przybywających wystawców. A było tych wystawców około sześćdziesiątki.
A teraz trochę o samym jarmarku. Tym jubileuszowym. Wystawcom zawsze towarzyszy estrada, na której prezentowane są zespoły muzyczne różnej proweniencji, ale na ogół związane z folklorem. Pośród nich, tradycyjnie zapraszany jest zespół (czasem dwa) Polaków mieszkających na Litwie. To od czasu, kiedy w roku 2008 kierowniczka Muzeum Mazurskiego w Szczytnie Monika Ostaszewska-Symonowicz podpisała umowę o współpracy z kierownikiem Muzeum Etnograficznego Wileńszczyzny w Niemenczynie, koło Wilna, Algimandem Baniewiczem o stałej współpracy obu placówek. Muzeum w Niemenczynie, to muzeum polskie.
Jak napisałem już wcześniej „Jarmark Mazurski”, to nie tylko handlowy bazar, ale także miejsce pokazów wszelakich, czasem już zapomnianych, tradycyjnych, rzemieślniczych technik. Nie mam możliwości wymienić wszystkich atrakcji, ale o kilku takich edukacyjnych stoiskach wspomnę. Przy jednym z nich niestrudzony Adam Gełdon wprowadzał młodzież w tajniki kaletnictwa, czyli artystycznej obróbki naturalnej skóry. Tuż obok Adam Gutowski demonstrował tradycyjne kowalstwo. Wydawałoby się, że kowal, to chłop wielki i toporny, tymczasem Adam, to człowiek młody i szczuplutki. A wyrabiał, na oczach widzów, groty do strzał. Nieco dalej Michał Grzymysławski pracował z dziećmi, malując gipsowe reliefy. Także z dziećmi pracowała Barbara Roguszczak, artystka wyspecjalizowana w ceramice. Dzieciaczki razem z nią pracowicie ugniatały glinę i fajną miały z tego uciechę.
Na zakończenie dodam jeszcze, że znam kilkoro wystawców „Jarmarku Mazurskiego”, którzy przyjeżdżają do Szczytna od początku, czyli od dwudziestu lat. Z niejakim rozrzewnieniem wymienię tu panią Grażynę Pawelczyk z Łysych, która od pierwszej edycji do dzisiaj poleca nam jedzonko kurpiowskie, to jest piwo kozicowe, kaszanki, smalec itp. Mnie przypadł szczególnie do gustu pasztet z królika. Dwadzieścia lat mija, a pasztet ów nic się nie zestarzał.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
