Trzy współpracujące od lat ze schroniskiem „Cztery łapy” wolontariuszki skierowały do burmistrz Szczytna list, w którym opisują drastyczne przypadki zaniedbań związanych z niedostateczną opieką weterynaryjną w placówce. W odpowiedzi otrzymały z urzędu do podpisania regulamin wolontariatu, który ich zdaniem poważnie ogranicza im możliwość dalszej pracy na rzecz bezdomnych zwierząt.

Konflikt w schronisku
Sylwia Warczak - Chojnacka (z lewej), Irena Dobryłko (w środku) i Klaudia Danielska nadal chciałyby pracować na rzecz schroniska, ale wprowadzony właśnie przez urząd regulamin może im to poważnie utrudniać

DŁUGA WSPÓŁPRACA

Sylwia Warczak – Chojnacka, Klaudia Danielska i Irena Dobryłko od dawna współpracują jako wolontariuszki ze schroniskiem dla zwierząt „Cztery łapy”. Pierwsza z nich robi to już od blisko 15 lat, dwie pozostałe – od 4. Dzięki ich zaangażowaniu szczycieńska placówka może się poszczycić stosunkowo wysokim wskaźnikiem adopcji. Wolontariuszki prowadzą stronę internetową na portalu społecznościowym, poprzez którą poszukują podopiecznym nowych domów, nierzadko na terenie całej Polski. Zajmują się też schroniskowymi seniorami, resocjalizacją zwierząt, często bardzo pokrzywdzonych przez ludzi. Starają się, aby znów mogły zaufać człowiekowi i odnaleźć odpowiedzialnych opiekunów. Wolontariuszki czuwają także nad prawidłowym przebiegiem procesów adopcyjnych, sprawdzają, czy osoby biorące ze schroniska czworonogi opiekują się nimi w należyty sposób. Oprócz obowiązków zawodowych znalazły również czas na ukończenie specjalistycznych kursów i szkoleń, m.in. dotyczących pracy z psem schroniskowym. Ich sugestie i wspólne działania z pracownikami doprowadziły do powstania nowej kociarni, pomieszczeń dla psich seniorów oraz wybiegu spacerowego dla odwiedzających.

Jeszcze do niedawna współpraca wolontariuszek z nadzorującym schronisko Urzędem Miejskim układała się dobrze. Dowodem tego jest przyznany im w 2013 Jurand. Ostatnio jednak wszystko się zmieniło.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

GRUDNIOWY POMÓR

W 2016 r. do schroniska przyjęto 524 zwierzęta, w tym 311 psów

- Zaczęło się od tego, że w grudniu w schronisku zachorowało wiele psów – relacjonują wolontariuszki. Zaobserwowane u nich objawy wskazywały, że jest to najprawdopodobniej nosówka – wirusowa choroba, której rozprzestrzenienie się w tak dużym skupisku zwierząt byłoby bardzo groźne. Jak mówią wolontariuszki, nosówkę potwierdzono także u dwóch psów adoptowanych ze schroniska. Kobiety zgłaszały problem zarówno pracownikom, jak i nadzorującej placówkę z ramienia UM zastępczyni naczelnika Wydziału Gospodarki Miejskiej Krystynie Lis. – Odpowiadano nam, że zwierzęta są obserwowane i żeby nie panikować – relacjonują wolontariuszki. Według nich w tym czasie psy z objawami choroby nie zostały objęte należytą opieką weterynaryjną. Odpowiedzialnego za leczenie podopiecznych schroniska profesora Zbigniewa Adamiaka, wykładowcy na Uniwersytecie Warmińsko – Mazurskim, nie było wtedy na miejscu. Zalecenia dotyczące leczenia czworonogów miał wydawać telefonicznie. – Tymczasem chorych psów było coraz więcej, wiele z nich padło – mówią wolontariuszki. Według nich, w grudniu padło ponad 10 zwierząt.

LIST DO BURMISTRZ

W akcie desperacji na początku stycznia kobiety skierowały list do burmistrz Szczytna, w którym ujawniają liczne nieprawidłowości związane z niedostateczną opieką weterynaryjną w schronisku. Ich zdaniem doktor mający się opiekować podopiecznymi jest niedyspozycyjny ze względu na obowiązki wykładowcy oraz pracę w przychodni w Białymstoku. W piśmie do burmistrz zwracają uwagę, że na czas jego częstych nieobecności nie ma wyznaczonych zastępstw. To powoduje, że trafiające do schroniska np. po wypadkach zwierzęta nie otrzymują od razu koniecznej pomocy i nie mają robionych niezbędnych badań. Wiele zabiegów wykonują w ramach praktyk studenci UWM, ale na czas wakacji, od czerwca do października, poważne operacje, sterylizacje czy kastracje się nie odbywają. W związku z tym wolontariuszki postulują, aby na terenie schroniska zostało utworzone miejsce do wykonywania zabiegów leczniczych i chirurgicznych oraz by w godzinach jego pracy obecny był cały czas lekarz weterynarii. Powołują się przy tym na przepisy wynikające z rozporządzenia ministra rolnictwa, który taki obowiązek nakłada na podmioty prowadzące tego typu placówki.

SZLABAN NA NIEDZIELE

Wkrótce po wystosowaniu listu, urząd opracował regulamin wolontariatu dla szczycieńskiego schroniska. Zakłada on m.in., że wolontariusze będą mieli do niego wstęp tylko od poniedziałku do piątku w godzinach 9.00 – 15.00 oraz w soboty od 10.00 do 14.00. Z kolei niedziele mają być dniami zamkniętymi dla osób z zewnątrz, w tym wolontariuszy. Nasze rozmówczynie działania ratusza odbierają jako szykanę za ujawnienie nieprawidłowości. – Regulamin praktycznie uniemożliwia nam pracę na rzecz schroniska – twierdzą. Najwięcej czasu na przebywanie wraz z podopiecznymi miały właśnie w niedziele. Wtedy też placówkę odwiedzała w ramach wolontariatu młodzież. – Kto teraz będzie tam przychodził w dni powszednie, kiedy jest się w pracy lub w szkole? – zastanawiają się wolontariuszki. Największy jednak żal mają o to, że nikt z nimi nie konsultował zapisów regulaminu. Według nich wprowadzone przez urząd zasady zniszczą wolontariat w schronisku i dlatego nie zamierzają ich zaakceptować.

URZĄD ODPIERA ZARZUTY

Jeszcze nie tak dawno współpraca między urzędem a wolontariuszami układała się dobrze. W 2013 r. Sylwia Warczak – Chojnacka i Krystyna Lis (z prawej) odebrały Juranda za zaangażowanie na rzecz bezdomnych zwierząt

Zastępca naczelnika Wydziału Gospodarki Miejskiej Krystyna Lis odpiera zarzuty wolontariuszek. Zaprzecza, aby wprowadzenie regulaminu było aktem zemsty za zgłaszane nieprawidłowości. – Chodzi jedynie o uporządkowanie kwestii wolontariatu, bo do tej pory nie mieliśmy w ogóle regulaminu – mówi. Teraz, po zaakceptowaniu zasad w nim zawartych i podpisaniu porozumienia, wolontariusze będą objęci ubezpieczeniem, co jest bardzo ważne, bo z placówką współpracuje także młodzież. Zamknięcie schroniska dla osób z zewnątrz w niedziele zastępca naczelnika tłumaczy względami organizacyjnymi. Zaprzecza, aby przebywające w schronisku zwierzęta nie miały odpowiedniej opieki weterynaryjnej. – Współpracuje z nami dwóch lekarzy. Kiedy nie ma jednego z nich, to wzywamy drugiego – zapewnia. Tylko w ubiegłym roku w książce usług weterynaryjnych dokonano 812 wpisów dokumentujących leczenie czworonogów. Według Krystyny Lis, w nagłych przypadkach zwierzęta zawsze otrzymują pomoc. Odkładane są jedynie takie zabiegi, które mogą poczekać. Schronisko ma też podpisaną umowę z UWM, dzięki której odbywają się praktyki studenckie. – Studenci przyjeżdżają do nas wraz ze specjalistami z różnych dziedzin. Był już kardiolog, reumatolog, lekarze od chorób zakaźnych oraz wewnętrznych – wylicza Krystyna Lis. Oprócz tego co wtorek studenci robią przegląd schroniska, sprawdzając na bieżąco stan zdrowia jego podopiecznych. Zastępca naczelnika nie widzi potrzeby tworzenia na miejscu gabinetu weterynaryjnego. – Jego funkcję pełni jedno z pomieszczeń na dawnej oczyszczalni, gdzie mamy otrzymany z Niemiec aparat do wykonywania USG – mówi. Przekonuje też, że w grudniu nie było epidemii nosówki, a zwierzęta chorowały z powodu przeziębień spowodowanych niekorzystną aurą. W sumie padło nie 10, a 7 psów, w większości starszych. Na nosówkę zachorował tylko jeden, ale udało się go wyleczyć. – Jest mi bardzo przykro z powodu tej całej sytuacji, bo przecież przez tyle lat się dogadywałyśmy – ubolewa Krystyna Lis, dodając, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wolontariuszki nadal współpracowały ze schroniskiem, pod warunkiem, że zaakceptują regulamin i podpiszą umowę będącą podstawą do ich ubezpieczenia.

BEZ WSPARCIA TONZ

Wolontariuszki, które są członkiniami Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, nie mają wsparcia ze strony jego prezes Ewy Czerw. – Nie mogę ich wspierać w nieracjonalnych pomysłach – mówi, za taki uznając postulat stałej opieki weterynaryjnej w schronisku. Jej zdaniem trudno by było znaleźć lekarza, który podjąłby się takiego zadania, bo zwykle większość z nich prowadzi prywatne praktyki. Prezes przyznaje również, że byłoby to bardzo kosztowne rozwiązanie, a miasto i tak przeznacza rocznie na funkcjonowanie schroniska 350 tys. złotych. – Robienie takiej „zadymy” na pewno mu nie służy – uważa Ewa Czerw. Obiecuje jednak, że będzie rozmawiać z Krystyną Lis na temat możliwości otwarcia schroniska w niedziele.

KONTROLA INSPEKCJI

Okazuje się, że problemy zgłaszane przez wolontariuszki wcale nie są wyssane z palca. W grudniu w placówce odbyła się kontrola powiatowej inspekcji weterynaryjnej. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, wykazała ona nieprawidłowości dotyczące m.in. warunków, w jakich przebywają i są leczone zwierzęta. Powiatowy lekarz weterynarii Jerzy Piekarz na razie nie chce się wypowiadać na ten temat. – Wciąż trwa postępowanie administracyjne i dopiero po jego zakończeniu b ędę mógł się do t ej sprawy odnieść – tłumaczy.

Ewa Kułakowska{/akeebasubs}