Reklama

Węgiel

... tak nazywano w środowisku spółdzielczym obiekt zlokalizowany na ulicy Żwirki Wigury w Szczytnie.

Magazyn w młynie...
Dawny młyn był ciekawą architektonicznie bazą służącą do przechowywania majątku „Społem”/Fot. Jan Napiórkowski

Była to architektonicznie niezwykle ciekawa baza służąca do składowania i przechowywania różnorodnego majątku „Społem”. To w młynie odbierano wyposażenie do kawiarni, restauracji, piekarni, ciastkarni, masarni, wytwórni wód gazowanych i sklepów. Jak już wielokrotnie wspominałam, firma posiadała olbrzymi majątek i magazyn po byłym młynie doskonale spełniał swoją funkcję. Rozładunek i załadunek ułatwiała wysoka, drewniana zadaszona rampa wyposażona w szerokie schody oraz specjalną pochylnio-zjeżdżalnię. Tu muszę się pochwalić, że wielokrotnie służbowo bywałam we wspomnianym magazynie. Znałam też osobiście ostatniego magazyniera pana Bolesława Gąskę. To pan Bolesław pokazywał mi wszystkie piętra, na których składowany był towar. Wiem, że na dole gromadzono ciężki sprzęt, zaś na ostatnim piętrze akcesoria służące do akcji socjalnej i bhp. Były więc na samej górze namioty, śpiwory, krzesełka turystyczne oraz manierki i kochery, a także ręczniki i mydło. Właśnie po mydło i ręcznik służbowy chodziłam do wspomnianego magazynu. Cieszyłam się dużym zaufaniem pana Bolesława i na ostatnie piętro wędrowałam sama. Zostawiałam kwit w kantorku magazyniera i podskakując niczym kozica wbiegałam na górę. Widok krokwi, belek oraz całego, jak nazywaliśmy wówczas, „ustrojstwa” po dawnym młynie nie robił na mnie wówczas większego wrażenia.

Magazyn w młynie przestał funkcjonować w połowie lat osiemdziesiątych. Wtedy w Szczytnie pojawiły się plotki, że budynek chce kupić Maryla Rodowicz/Fot. Jan Napiórkowski

Gdy teraz wspominam przeszłość, to niestety nie mam pojęcia czym zasilany był młyn i jak z ziarna powstawała mąka. Jednak wiem, że stary młyn doskonale spełniał rolę magazynu. Oczywiście nie każdy mógł samodzielnie chodzić po pomieszczeniach, ponieważ pan Bolesław materialnie odpowiadał za powierzony majątek i w razie niedoboru z własnej kieszeni musiał pokrywać straty. Uważał, że w jego magazynie nie mogą grasować myszy, więc nikt bez zgody odpowiedzialnego magazyniera nie mógł się tam poruszać. Zawsze każdemu towarzyszył, a nieposłusznych straszył duchami. Faktycznie, nad schodami tuż pod powałą zawiesił strój piekarza i gdy w magazynie pojawiali się niezdyscyplinowani pracownicy tym strojem straszył nieposłusznych. Z dostępnej dokumentacji wiem, że pan Bolesław Gąska w dniu 5 grudnia 1979 r. został poddany ocenie. W arkuszu oceny czytamy między innymi, że wspomniany pracownik sukcesywnie piął się po szczeblach kariery zawodowej, zaczynając od magazyniera, awansując na starszego magazyniera, by zostać kierownikiem magazynu. Tu jako ciekawostkę podam, że faktycznie pan Bolesław umiał wskakiwać, że stołka na stołek, bo jako człowiek niskiego wzrostu po niektóre wydawane przedmioty musiał sięgać, podstawiając sobie właśnie drewniany taboret. Komisja pracę pracownika oceniła w samych superlatywach, podkreślając m.in. że umie zażegnać spory. Zaintrygowała mnie ta notatka i spytałam moją koleżankę Anię Kowalczyk, która po panu Gąsce przejmowała majątek, na czym polegało zażegnywanie sporów. Otóż wyjaśniła, że najwięcej sporów dotyczyło wypożyczania namiotów. Była to wówczas niezwykle popularna forma rodzinnych wypadów pod namiot i pewnego razu dwie panie pokłóciły się o namiot, który każda z nich chciała wypożyczyć dla swojej rodziny. Problem polegał na tym, że jeden miał uszkodzony tropik a spór został zażegnany deklaracją pana Bolesława, że wadę usunie. Jako mistrz krawiectwa, bo przed podjęciem pracy w „Społem” taki zawód wykonywał, bez problemu poradził sobie z naprawą namiotu. Teraz możemy się z tego śmiać, ale spór był ostry, a magazynier poradził sobie z problemem.

Pan Bolesław Gąska, którego wspominam z wielką sympatią i rozrzewnieniem, cieszył się wśród pracowników szacunkiem i wielkim uznaniem.

Ostatni magazynier, Bolesław Gąska/Fot. Jan Napiórkowski

Magazyn w młynie przestał funkcjonować w połowie lat osiemdziesiątych. Powód był prozaiczny. Olbrzymi, nieremontowany budynek, w pewnym momencie aż błagał o naprawę, a przechowywane tam różnorodne materiały wymagały należytego zabezpieczenia. Po mieście zaczęła też krążyć plotka, że były młyn chce zakupić... Maryla Rodowicz. Nie kupiła, ale i tak idąc tam wielokrotnie śpiewano „Ale to już było i nie wróci więcej”... Cały majątek zgromadzony w sławetnym młynie przewieziono do magazynu na na to ulicy Ogrodowej. Ze względu, że ów magazyn znajdował się w sąsiedztwie kina „Jurand” od razu został w potocznej mowie przez nas pracowników nazwany „koło kina”. I tak młyńskie koło się potoczyło, że wszystko do magazynu koło kina trafiło. W dawnym młynie obecnie hotel o pięknej nazwie „Krystyna” wszystkich nowoczesnością przywołuje, a w restauracji smakowitość potraw króluje.

Grażyna Saj-Klocek