Tydzień temu zmarła Marta Stebnicka. Wybitna artystka, choć zdaję sobie sprawę, że zapewne niewielu moich czytelników kojarzy sobie tę postać. Marta Stebnicka przeżyła 95 lat, a cały swój artystyczny żywot związała z Krakowem. Przez dziesięciolecia była wręcz ikoną krakowskiej, artystycznej cyganerii.

W tym mieście znali ją wszyscy. Ale poza Krakowem - niekoniecznie. Dlatego chciałbym napisać dzisiaj kilka słów o tej niezwykłej kobiecie, a także o pewnej specyfice elitarnego, krakowskiego środowiska.

Zanim zacznę o zmarłej artystce, pozwolę sobie na kilka słów o tym jak ja postrzegam pewną szczególną odrębność Krakowa, w porównaniu do innych wielkich miast w Polsce. Otóż zamiłowanie krakowian do tradycji, łącznie ze szczególną atencją dla zacnych, tamtejszych, mieszczańskich rodów, których nazwiska zawsze wymawiane są z należnym szacunkiem i tytułami, przypomina mi mentalność typowych Anglików. Zaryzykuję twierdzenie, że Kraków w Polsce, ze swoim lokalnym konserwatyzmem, to trochę tak jak Anglia w Europie.

Marta Stebnicka była aktorką. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}Już na początku wojny, jako piętnastolatka, śpiewała z towarzyszeniem ulicznego zespołu w rodzinnym Lwowie. W roku 1941, wspólnie z mamą, przeniosły się do Krakowa. Tamże, w roku 1942 zdała egzamin do konspiracyjnego Teatru Niezależnego Tadeusza Kantora. Gdy skończyła się wojna zagrała w kantorowskiej inscenizacji „Powrotu Odysa”. Wkrótce potem została absolwentką Studia Aktorskiego Przy Teatrze Starym. Występowała w owym teatrze (do dzisiaj uważanym za jedną z najważniejszych scen w Polsce), jako studentka, a w końcu, w roku 1954 otrzymała aktorski dyplom. Miała 29 lat.

O teatralnych sukcesach Marty Stebnickiej napiszę nieco dalej. Teraz chciałbym wspomnieć jej wieloletnią współpracę z kabaretem funkcjonującym w słynnej Jamie Michalika, historycznym reliktem Krakowa.

W roku 1895, czyli 125 lat temu, Jan Apolinary Michalik otworzył w Krakowie luksusową cukiernię. Przy ulicy Floriańskiej 45. Znakomita lokalizacja. Dziesięć lat później, w tymże, popularnym już wnętrzu, grono artystów zainicjowało pierwszy polski kabaret „Zielony Balonik”. Prawdziwy, intelektualny i literacki, a nie byle jaki gastronomiczny, modny wówczas, lokalik z wesołkiem - rozśmieszaczem gości. O takim to lokaliku napisał z pogardą Tadeusz Boy - Żeleński: otruł gościa kotletem, nazwał to kabaretem. Akurat Boy-Żeleński był jednym z najważniejszych twórców „Zielonego Balonika”. Wiedział, co pisze. Zresztą zawsze pisał wspaniale. Swoje słynne „Słówka” tworzył właśnie na użytek owej nowej scenki, czyli „Zielonego Balonika”.

W bliższym nam okresie międzywojennym współpracowały z kabaretem w Jamie Michalika wielkie ówczesne gwiazdy estrady. Choć nie był to już „Zielony Balonik”. Ale w owym przepięknym, historycznym lokalu wciąż odbywały się estradowe, kameralne występy. Po wojnie, niemal natychmiast, mimo niesprzyjających warunków politycznych, „Jama Michalika” podjęła kabaretową działalność. Jako jedną z pierwszych artystek nowego zespołu zaangażowano Martę Stebnicką. Inicjatorem powojennej scenki był Bruno Miecugow. Niebywała postać. Dziennikarz, intelektualista i dziwoląg. To jego synem był niedawno zmarły Grzegorz Miecugow, znany nam z audycji telewizyjnej „Szkło kontaktowe”. Pan Grzegorz opowiadał, że kiedy zaczynał być dziennikarzem rozpoznawalnym, to pytano go, czy jest może dzieckiem owego słynnego Miecugowa z Krakowa. Po latach jego ojciec, już emeryt, wspominał, iż jego pytano, czy ten wspaniały Grzegorz z Warszawy, to może jakaś rodzina? W tych latach właśnie w zespole Jamy Michalika kobiecą gwiazdą była Marta Stebnicka. Piękna kobieta. Piosenkarka o manierach damy. Coś jakby przedwojenna Hanka Ordonówna. Pokochano ją. I tak było przez dziesiątki lat. Zawsze ukazywała się w kabaretowych programach Jamy. Choćby jeden raz. Kraków ją uwielbiał, bowiem była żywą kontynuacją historycznych tradycji miasta. Dodam jeszcze, że jej mężem, przez całe życie, aż do jego śmierci (zmarł w roku 2010) był słynny Ludwik Jerzy Kern. Poeta, w pewnym sensie bajkopisarz, redaktor najpopularniejszego wówczas tygodnika „Przekrój”. Myślę, że jego postać nie jest obca moim czytelnikom. Oczywiście tym z mojego pokolenia.

Wracając do Marty Stebnickiej. Zagrała ona prawie setkę poważnych ról teatralnych, głównie w teatrach krakowskich. Kino ją nie interesowało. Wzięła udział w bodajże w sześciu filmach. Także telewizja nie pociągała jej. Uznawała wyłącznie żywy kontakt z publicznością. Co prawda kilkakrotnie miałem okazję oglądać ją na ekranie, przed laty, ale wyłącznie jako piosenkarkę. Zawsze były to jakieś transmisje z kabaretu. Na zakończenie dodam, że Marta Stebnicka, przez ponad czterdzieści lat, była akademickim nauczycielem z tytułem profesora. Uczyła studentów Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Oczywiście sztuki estradowej. Tak jak warszawska szkoła miała swojego profesora Ludwika Sempolińskiego, tak królową estradowych zajęć studentów krakowskich była Marta Stebnicka. Prawdziwa, niepowtarzalna gwiazda literackiego kabaretu.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}