Opowiem Wam jedno z wielu ówczesnych zdarzeń niewiarygodnych, ale prawdziwych! Było przez wiele lat namacalne, gdyż koronny świadek tego zdarzenia jeździł i rozwoził towar w naszym Zakładzie Remontowo- Budowlanym. Do dziś się rumienię na samo wspomnienie! Za siebie, za nasz ówczesny ustrój, za celników i za wszystkie tamte durne przepisy.
Przejdę do początku, bo historia ta powinna pretendować do satyry, lub krytyki, ewentualnie do wykładów w Wyższej Szkole Policji w Szczytnie (gdzie również szkolą oficerów WOP), jak nie powinno się postępować na przejściach granicznych. Powiem szczerze, choć może będzie mi to poczytane za chęć upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu, ale jak później myślałem i rozmawiałem z fachowcami w tej dziedzinie, to teraz myślę, że byłem frajerem. Źle upiekłem dwie pieczenie, mogłem je upiec tylko i wyłącznie dla siebie.
Znani moi przyjaciele Niemcy przywieźli dary dla naszego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Szczytnie. Przyjechali samochodem osobowym dla wygody, a dary transportowali niskopodwoziowym, ciężarowym samochodem dostawczym. Był to mercedes diesel w idealnym stanie technicznym z zapinaną plandeką, co wówczas było nowością. Zamiast pomyśleć o sobie, to namówiłem ich, żeby go zostawili w prezencie dla zakładu remontowego- budowlanego. Do dziś się zastanawiam, co mną pokierowało – przecież wówczas następowały takie czasy, że zaczęto postępować według dewizy: „KAŻDY ORZE JAK MOŻE”. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Ja już w poniedziałek przed urzędowaniem pracowników w Ministerstwie Finansów w Warszawie, czekałem i obrabiałem portiera, który łaskawie pokierował mnie gdzie i z kim załatwiać sprawę. Trafiłem na supernaczelnika. Załatwił temat w ciągu paru minut. Zwolnił nas jako jednostkę budżetową z opłat celnych. Zresztą powiedział mi, że w przyszłości przy załatwianiu takich darów należy wstawiać klauzurę, że odbiorca zobowiązuje się w ciągu 7 dni uregulować opłaty celne i podatkowe, wówczas na granicy nie mają podstaw do jakichkolwiek uwag i zastrzeżeń. Był tak uprzejmy, że przefaksował decyzję do Kołbaskowa. Nie musiałem już tam jechać i świecić oczami przed Niemcami, którzy już więcej do nas darów nie przywozili, ale samochód długo i niezawodnie kursował w naszym zakładzie.
Zaliczałem się do optymistów, gdyż podchodziłem do życia i jego spraw w zdecydowanie pozytywny sposób. Widziałem raczej butelkę do połowy pełną niż do połowy pustą. Zawsze twierdziłem i do dziś jestem przekonany, że życie jest zasadniczo dobre, a świat urządzony prawidłowo, więc możliwe jest rozwiązanie każdej sytuacji zawodowej, żeby rozładować konflikty wewnątrzzakładowe.
Więc byłem wiecznym optymistą. Dobrym nauczycielem dla przyjaciół, tylko u siebie nie przewidziałem lawiny niepowodzeń, które rozpoczęły się od 10 sierpnia 1998 roku, kiedy Wojewoda Olsztyński powierzył mi pełnienie obowiązków dyrektora naczelnego w Zespole Opieki Zdrowotnej w Szczytnie. W okresie do 31 grudnia 1998 roku. Na początku niby wszystko było „cacy”, większość personelu medycznego była wobec mnie okej!.. Nawet we wrześniu tegoż roku wykonaliśmy z personelem białym pamiątkowe zdjęcie przed głównym wejściem do szpitala. Wówczas tu było główne wejście do szpitala.
Leszek Mierzejewski
Cdn.{/akeebasubs}
