W tym tygodniu Autor wspomina początki swojej pracy w szczycieńskim Lenpolu.
Wkroczyłem do istniejącego do dnia dzisiejszego budynku - de facto do połowy tego obiektu, gdyż w 1970 roku została oddana do użytku cała kubatura biurowca zakładów, w którym obecnie mieści się przychodnia lekarska. Parking samochodowy przed budynkiem był składem opału! Węgiel leżał w hałdach - do wysokości przekraczającej piętrowy biurowiec. Niesamowite wywarło to na mnie wrażenie, bo zasoby węgla świadczyły o bogactwie firmy! Co jakiś czas wagony podjeżdżały pod hałdy węgla i po załadunku dowoziły go do obocznej kotłowni. Niesamowity fetor, pył i hałas panowały wokół, na dodatek obok co chwilę pędziły dudniące pociągi do Olsztyna lub Ostrołęki, Pisza, czy Nidzicy… Idąc do biurowca poczułem się w wielkim świecie, w wielkim przemyśle, jakbym nadal w Stoczni Gdańskiej był zatrudniony! Wówczas podjąłem decyzję, że tu będę pracował, nawet na podrzędnym stanowisku!{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Wstępną rozmowę o zatrudnienie przeprowadziłem z Naczelnym Dyrektorem Wacławem Folaronem, przystojnym facetem ostrzyżonym na jeża, którego znałem z widzenia, po wesołym incydencie w kawiarni MUSZELKA.
Dyrektor po zerknięciu na moje świadectwo z ostatniej klasy technikum i na zaświadczenie, że aktualnie kończę technikum budowy okrętów (zaocznie) oraz na moje zaświadczenia z kwalifikacji zawodowych, złapał się za głowę krzycząc: - Człowieku, ja tu nie buduję okrętów, tu nie stocznia, tu przemysł lniarski!!!
Zrezygnowany wstałem z zamiarem wyjścia, ale on podniesionym głosem oświadczył: - Chwila moment, jak tu wdepnąłeś, to od nas nie wyjdziesz. Chyba że jako emeryt!
Nie miał racji, w przemyśle lniarskim przepracowałem 14 lat. Od 15 marca 1967 roku do 19 października 1981 roku. Był to wspaniały czas mojego intelektualnego w zawodzie rozwoju. Przekonałem się, że wybrałem najwłaściwszy zakład jaki wówczas istniał nie tylko w naszym mieście! Będąc już w tej branży przemysłowej oraz wgłębiając tajniki wiedzy o lnie, wiedziałem, że wyrób finalny to nie tylko świetne i zdrowe materiały, ale i produkty towarzyszące jak paździerze, z których produkowano wszelakiego rodzaju płyty paździerzowe. Tłoczono poza naszymi zakładami olej lniany czy też siemię lniane, które przemysłowo było odzyskiwane we wszystkich zakładach przemysły lniarskiego, również i w Szczytnie. Nie muszę przypominać o właściwościach leczniczych lnu, jako o zbawiennych skutkach przy chorobach wrzodowych żołądka i dwunastnicy. Pomaga przy zaparciach, przy odchudzaniu, przy infekcjach dróg oddechowych, poprawia koncentrację i pamięć, wykorzystuje się go w profilaktyce nowotworowej, zalecany jest także w okresie menopauzalnym, wzmacnia włosy, działa przy pielęgnacji urody. Jednym słowem łyżeczka siemienia lnianego dziennie czyni cuda i jest to leczenie naturalne: fitoterapia (od słów greckich phyton – roślina i therapeuo – leczę). Więc mogę stwierdzić, że od 120 lat znamy leki chemiczne, od 92 znamy antybiotyki, od chwili, gdy w 1928 roku Fleming odkrył penicylinę – ale fitoterapia była zawsze i wciąż trwa i się rozwija, tylko na dzień dzisiejszy przemysł lniarski został zniszczony, a len na polskich polach spotykamy sporadycznie! U nas na Mazurach na wiosnę nie widziałem, żeby pola na niebiesko od kwiecia lnu się zaciągnęły. Teraz żółty kolor jest w modzie, wszędzie pola rzepakiem są siane, a len najczęściej sprowadzamy z zagranicy! Obecna szczycieńska przędzalnia „Safilin” jest firmą francuską rodziny Salmon w Armentieres. Surowiec lniany do przerobu przędzy sprowadzają z Białorusi. Obłęd!
Od środy 15 marca 1967 roku, od dnia rozpoczęcia pracy w zakładach lniarskich, sytuacja moja diametralnie się zmieniła. Czasy balang odeszły bezpowrotnie do lamusa. Od momentu przekroczenia bramy zakładu miałem inne zadania, inne obowiązki. Dodatkowo w nagrodę otrzymałem kino pełne komedii, sensacji lub dramatów. Życie moje nabrało nowego sensu i prostej jazdy z góry! Od czasu do czasu wypadał jakiś ostry lub lekki zakręt!
Dyrektorzy w zakładzie byli zacnymi ludźmi, lubianym i szanowanym przez załogę. Naczelnym dyrektorem był wspomniany Wacław Folaron, technik roszarnik. W tamtych czasach wykształcenie średnie techniczne było nadzwyczaj cenione, porównywalne do obecnego wyższego. Dyrektor Folaron miał duże poczucie humoru, które wykorzystywał przy każdej okazji i nikt się na niego nie obrażał.
Nie było pojęcia molestowania w pracy, prześladowania, przemocy psychicznej, tyranizowania, udręczania, napastowania… Pracowaliśmy zgodnie, jak w wielkiej rodzinie!
Pierwszym jego zastępcą ds. produkcji – naczelnym inżynierem był Janusz Illukowicz - magister inżynier po Politechnice Łódzkiej. Zastępcą ds. technicznych - inż. Lech Bielawski, podstarzały i „pierdołowaty” człowiek, ale uczciwy i sprawiedliwy - mój dyrektor pionu. Zastępcą dyrektora ds. ekonomiczno-finansowych był i to przez długi okres mgr Jan Cielecki - wysoko, bo niczym hrabia noszący głowę. Ale lubiany przez załogę dyrektor. Ceniłem go, bo miał duży zasób wiadomości z związany ekonomiką przedsiębiorstw.
Cdn.
Leszek Mierzejewski{/akeebasubs}
