INTRYGUJĄCA NAZWA

Podążając na północ, wzdłuż zachodniego brzegu Jeziora Sasek Wielki docieramy do niewielkiej osady noszącej obecnie nazwę Łysa Góra. Już pod koniec XVIII w. istniały tu budy potażowe. W wyniku ich działalności okoliczne pagórki ogołocone zostały z lasu.

O Łysej Górze i pewnym wypadku pod Zasrajami
Pomnik upamiętniający śmierć nadleśniczego. Dem Andenken des hier am 30. April 1892 verunglückt Kgl. Oberforsters PAUL d. HEUREUSE

27 maja 1831 r. na nowiznach Lasów Korpelskich, pomiędzy pagórkami a Jeziorem Sasek Wielki, 9 osadników otrzymało niewielkie nadania słabej ziemi. Tak właśnie powstała osada po niemiecku nazywana Anhaltsberg. Natomiast jej mazurska nazwa to Zasraje. Polska nazwa tej miejscowości pochodzi od nieporośniętych lasem dosyć wysokich pagórków, na które las zresztą powrócił już pod koniec XIX w. Zasraje to nazwa potoczna, ale ze względu na swoją wyjątkowość dosyć popularna i długo się utrzymująca. Pochodzi ona od słowa „zasraniec” – oznaczającego tu kogoś brudnego i śmierdzącego, a przylgnęła do tej osady, ponieważ założona została przez wyjątkowo biednych chałupników i robotników leśnych. Pomimo słabych gleb i niewielkiej liczby mieszkańców istniała tu w pierwszej połowie XX w. jednoklasowa szkoła. Łysa Góra liczyła przed wojną około stu mieszkańców. Obecnie zameldowana jest tu tylko jedna osoba. We wsi znajduje się założony w połowie XIX w. i obecnie zniszczony cmentarz, na którym można zobaczyć dorodną daglezję.

SPRAWA WILHELMA PAŁASZA

W 1934 r. robotnik Wilhelm Pałasz z Łysej Góry wysłał za pośrednictwem szczycieńskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Szkolnego dwóch swoich synów na kolonie letnie do Polski. W 1935 r. Pałasz wstąpił do Związku Polaków w Niemczech. Zaczął również prenumerować szczycieńskiego „Mazura”. Ujawnienie się w tak niewielkiej miejscowości „trzymającego” z Polakami Mazura zaniepokoiło władze. Szczególnie zagrożony poczuł się Merth, miejscowy nauczyciel, do którego nieoficjalnych obowiązków należało pilnowanie prawomyślności Mazurów. Zaczął on Pałasza i jego dzieci nękać. Pomiędzy Zarządem Polaków w Niemczech, a olsztyńską rejencją wymieniono w tej sprawie pisma. Niemieckie urzędy stwierdziły, że polskie skargi są bezzasadne. Postanowiono więc wysłać najstarszego syna Pałasza, Oskara do polskiego gimnazjum w Bytomiu. Pałaszów do podjęcia takiej decyzji na pewno w dużym stopniu skłoniła trudna sytuacja materialna i obiecana przez Polaków pomoc w utrzymaniu syna w szkole. W sprawę wmieszała się jednak szczycieńska NSDAP, a następnie Bund Deutscher Osten w osobie Hansa Tiski. Skierowano pismo do landrata, w którym powołano się na Edmunda Appela z Dąbrowy, u którego jako pastuch Oskar Pałasz pracował. Według niego Oskar czuł się w pełni Niemcem, np. w trakcie wypasania śpiewał narodowo-socjalistyczne pieśni. Ostatecznie chłopak trafił do Bytomia, ale sprawa nabrała wielkiej wagi.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} List wysyłany przez Oskara do domu został przejęty i odpowiednio spreparowany przez Niemców. Poważnie wzięto się też za zastraszanie Pałaszów, przed którymi stanęła groźba utraty wszelkich dochodów, a mieli na utrzymaniu ośmioro dzieci. Ostatecznie Pałaszowie pod nadzorem przesłuchującego ich żandarma oświadczyli, że zostali przez Polaków oszukani, a ich syn został im zabrany

Daglezja na cmentarzu w Łysej Górze

niemal siłą. Sprawa stała się głośna, budziła zainteresowanie, ponieważ chłopak był pierwszym mazurskim uczniem zapisanym do polskiego gimnazjum. Pałasza zwolniono ze stanowiska woźnego wiejskiego i z pracy w majątku w Elganowie. Zrozpaczeni rodzice zabrali syna ze szkoły. Skoro „prawda i prawo” było po stronie niemieckiej, oskarżono oficjalnie przedstawicieli Polskiego Towarzystwa Szkolnego o porwanie Oskara. Jednak niemiecki prokurator uniewinnił ich od tych zarzutów. Oskarżył natomiast Pałasza o składnie fałszywych zeznań przeciwko Polakom, za co został on skazany na 3 miesiące więzienia, pomimo tego, że polska strona nie zgłaszała do niego żadnych pretensji. Była to oczywista przestroga dla innych Mazurów. Tak wyglądała walka o jedną, biedną mazurską duszę.

ŚMIERĆ NADLEŚNICZEGO

W pobliżu leżącego na południe od Łysej Góry Leśnictwa Jęcznik znajduje się pomnik upamiętniający śmierć pewnego nadleśniczego. Po wojnie rozbity, kilkanaście lat temu został przeniesiony w pobliże ścieżki dydaktycznej. Przeglądając wychodzącą w Ełku „Gazetę Lecką” znalazłem taką informację z 1892 r.:

Szczytno, 3 maja. Leśnik P. Hereuse z Korpelów pojechał w sobotę dnia 30 kwietnia na dwukonnym wozie i tylko psa z sobą mając do puszczy, pod dozorem jego będący, na jey przegląd i rewizyę; ale czasu zwyczajnego do domu się nie powrócił. Małżonka jego, mocno zaniepokojona, wysłała posłów do puszczy na wywiady, co się mu stało, że nie przyjechał do domu swojego. Po długiem szukaniu znaleźli pod Zasrajami czyli Anhaltsbarkiem, między górami w lesie nieżywego i pod wywróconym się wozem leżącego. Przywołany lekarz przyświadczył, że doprawdy umarł. Zapewne uderzył wóz, z góry pędząc o kamień, albo o pień, że się wywrócił, a leśnik wyleciawszy z niego, i uderzywszy o ziemie, omdlał, poczem na niego się obalił i go zadusił.

(zdjęcia ze zbiorów autora){/akeebasubs}