Na początku lat siedemdziesiątych trafiłem do WSO Szczytno w charakterze kursanta Studium Zaocznego. W ciągu roku przyjeżdżałem na kilkudniowe sesje, w czasie których odbywały się zajęcia i egzaminy.
Zakwaterowany byłem w zabytkowym budynku tzw. Tajwanie znanym między innymi z kamiennych, krętych schodów, prowadzących z parteru na wyższe piętra. Na trawniku przed Tajwanem pasł się koń Maciek, który był wykorzystywany do pracy w Pomocniczym Gospodarstwie Rolnym. Takie to były czasy. Tutaj zetknąłem się ze specyficzną „legendą”. Podobno kursanci poprzedniego rocznika, któregoś wieczoru raczyli się dość mocnymi trunkami, Nagle ktoś rzucił hasło, że koń też człowiek i też by się napił. Wybiegli w kilku przed budynek i w myśl zasady: z przodu ciągnij, z tyłu pchaj próbowali wprowadzić Maćka po schodach na pierwsze piętro. Niestety koń zaklinował się na zakręcie, i to w taki sposób, że nie mógł ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Dopiero sprowadzona na miejsce Straż Pożarna zdołała uwolnić nieszczęsne zwierzę. Po dziś dzień nie wiem, czy ta opowieść polegała na prawdzie, czy była zwykłą mistyfikacją. Jednak trzeba przyznać, że brzmi całkiem zabawnie.
Kursanci z mojego rocznika zachowywali się wręcz wzorowo. Organizowaliśmy, na przykład, wieczory poezji przy świecach i wieczory opowiadania dowcipów (szczególnie tych o milicjantach).{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- Co to jest? - zapytał wicekomendant, stukając palcem w leżące na biurku pudełko.
- Melduję, że są to dwie talie kart do brydża - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- A co to jest? - palec stukający przesunął się na kartkę z zapisem.
- To jest zapis wyników rozgrywki - wyjaśniłem. - Tutaj są nasze inicjały: W jak Wojciech, M jak Marek itd.
- A ten R. na początku to Robert? - dopytywał.
- To nie jest imię, tylko skrót od „rober” - wyjaśniłem. - Trzeba mieć dwie partie, żeby wygrać robra – kontynuowałem.
- Wy się nie wykręcajcie - replikował pryncypał. - Przecież dobrze wiecie (tu palec stukający skierował się ku górze) , że partia jest tylko jedna!
W
gruncie rzeczy, ów przełożony był bardzo poczciwym człowiekiem. Ta ostatnia kwestia, wypowiedziana z uśmiechem, świadczyła o jego dużym poczuciu humoru. Nie muszę dodawać, że obyło się bez konsekwencji. Przy okazji przypomniałem sobie powiedzenie o partii z tamtych lat. Brzmiało to mniej więcej tak: Jak partia mówi, że weźmie, to weźmie. Jak partia mówi, że da, to mówi.
Zapraszam, w imieniu szczycieńskich brydżystów, na partię brydża. Niczego nie będziemy zabierać; raczej podzielimy się swoją wiedzą.
Wojciech Wrześniowski{/akeebasubs}
