Kolejnych pięć letnich sezonów spędziłem na ratuszowej wieży. Każdego roku, od połowy czerwca do połowy września.
Po cztery godziny dziennie, łącznie z sobotami i niedzielami. Postanowiłem dzisiaj opisać swoje wrażenia z owych lat „zniewolenia”. Skądinąd bardzo sympatycznych, ale klimatycznie dość uciążliwych. Pomieszczenia na wieży nie są ogrzewane i mają bardzo grube mury. Po zimie jest tam tak lodowato, że nawet podczas kilku letnich, upalnych miesięcy, owe częściowo betonowe ściany niezbyt się nagrzewają. Nawet wówczas, gdy temperatura na zewnątrz osiąga do 30 stopni, to ja, w swoim pomieszczeniu, siedzę w solidnym swetrze. Poza tym jest na wieży wilgotno, czyli - ogólnie biorąc - jak w piwnicznej izbie. Niczym w zamkowym lochu. Oczywiście ten chłód ma także swoje dobre strony. Mimo wściekłych, letnich upałów można spokojnie popracować. Toteż od pięciu już lat urządzam tam autorską pracownię i nie krzywduję sobie. Projektuję, maluję i piszę. Dodam, że najwyższy poziom wieży, to odpowiednik dwunastego piętra współczesnego wieżowca, a ja zagnieździłem się w połowie wspinaczki, czyli, mniej więcej, na poziomie piętra szóstego. Toteż turyści zwiedzający wieżę, siłą rzeczy, muszą mnie minąć. Zatem robię za atrakcyjnego dziadka - miejscowego artystę, a przy okazji także biletera, bo pobieram opłatę za wstęp. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Jak to było pięć, czy też cztery lata temu? Termin pandemia nic jeszcze nikomu nie mówił. Do Szczytna przyjeżdżały liczne autokarowe wycieczki. Z kraju i ze świata. Rodzime grupy turystyczne, najczęściej zbiorowiska ludzi młodych, z reguły odwiedzały widokową wieżę. Natomiast autokary z zachodu, głównie niemieckie i holenderskie, przywoziły, na ogół, emerytów. Tak to już jest w owych krajach, że przeciętny emeryt dostaje tyle forsy, iż może za nią realizować liczne swoje marzenia. Większość owych seniorów najczęściej zwiedza świat. Tutaj dodam, że emerytów niemieckich, zwłaszcza tych, których korzenie sięgały Ortelsburga, szczególnie przyciąga nasze miasto. Zatem sporo z owych dość wiekowych osób decydowało się na wieżową wspinaczkę, aby popatrzeć na kraj przodków. Dla ludzi w ich wieku, to był, na ogół, wysiłek ponad siły... a jednak! Inni autokarowi emeryci raczej nie zahaczali o wieżę. Zatem miałem okazję, niemal co dzień, do spotkania z turystami niemieckimi. Odnośnie innych nacji, to owszem bywały, ale nie aż tak tłocznie.
Wszystko zmieniło się dwa lata temu. Kiedy rozpoczął się okres pandemiczny. Oczywiście zniknęli z miasta obcokrajowcy. Poza tym owe dwa ostatnie sezony nie tylko różniły się z okresem przed zarazą, ale także między sobą. Uważam to za socjologiczną ciekawostkę i opiszę owo zjawisko. Rok temu do Szczytna przyjechał tłum wielodzietnych rodzin. Bez wątpienia z prowincjonalnych miasteczek i wsi. To ci, którzy zdecydowanie bali się wyjazdów za granicę, jakże masowych rok wcześniej (promowane przez biura turystyczne polskojęzyczne hotele, pieniądze z akcji 500+ itp.). Owi turyści zamieszkali w okolicznych, agroturystycznych obiektach, we wspólnych gronach po kilka zaprzyjaźnionych rodzin. Interesowały ich wyłącznie plaże. Miasto Szczytno, jako takie, nic ich nie obchodziło. Ale jeśli nie było pogody, to najczęściej te wielodzietne rodziny przychodziły na wieżę. Przyciągała ich możliwość wejścia aż tak wysoko. Nieznana w ich miasteczkach. Ci ludzie zadawali mi nieraz cudownie zabawne pytania, odnośnie funkcjonowania naszej wieży, a głównie jej dzwonów. Na przykład, gdzie jest dolne pomieszczenie, w którym dzwonnik pociąga za sznury. A pewien bardziej rozwinięty intelektualnie turysta zapytał, jak to było przed wojną z tymi dzwonami. Bo on widzi, że tam są takie elektryczne młoty, ale kto walił i czym w owe dzwony przed wojną? Grzecznie przypomniałem mu, że przed wojną znano już elektryczność. Zrozumiał i przyjął to do wiadomości.
W bieżącym roku „klientela” całkowicie zmieniła się. Zaobserwowałem głównie turystów z wielkich miast. Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Łodzi. Ci byli doskonale zorientowani w historii miasta, do którego przybyli, natomiast plażowanie traktowali marginalnie. Z nimi naprawdę miałem o czym pogadać.
Szkoda, że zaczyna mi już brakować miejsca na dalsze, wieżowe anegdotki. Na przykład o przygodach z turystami cierpiącymi na lęk wysokości. Byli pośród nich tacy, którzy z samozaparciem weszli na sam szczyt, ale potem mowy nie było, aby ponownie pokonali schody. Tym razem w dół. Równie porażające problemy zdarzały się z dziećmi, które dostawały histerii, słysząc bardzo głośne, wieżowe dzwony. W tym roku mam to za sobą. A co będzie za rok?
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
