Próby zwiększenia dzietności rodzin kojarzą się głównie
z wprowadzonym kilka lat temu becikowym. Okazuje się, że także przedwojenne władze starały się wpłynąć na wzrost liczby rodzonych dzieci. Gdy w rodzinie przychodził na świat siódmy syn, jego chrzestnym zostawał sam prezydent RP. Jeden z prezydenckich chrześniaków, Seweryn Białorucki mieszka dziś w Szczytnie.
OJCIEC CHRZESTNY RAZY 500
Już w 1926 roku ówczesny prezydent Ignacy Mościcki wydał oświadczenie, w którym zobowiązał się do pełnienia roli ojca chrzestnego każdego siódmego syna w rodzinie. Musiała ona jednak spełnić dwa warunki: być rdzennie polska i niekarana. Było to skrupulatnie sprawdzane przez pracowników administracji i miejscowego proboszcza. Na synów chrzestnych prezydenta czekało także wiele przywilejów. Otrzymywali oni możliwość bezpłatnej nauki w Polsce i za granicą, również na studiach wyższych, stypendia, a także bezpłatną opiekę zdrowotną i przejazdy komunikacją. Poza tym chrześniacy Mościckiego otrzymywali książeczkę oszczędnościową, z wkładem w wysokości 50 zł, która oprocentowana była na 6%, co jak na owe czasy było sporą sumą.
Ogółem do wybuchu wojny prezydent Ignacy Mościcki zdążył zostać ojcem chrzestnym około 500 siódmych synów z polskich rodzin. Jednym z nich jest mieszkaniec Szczytna Seweryn Białorucki.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
JAK ZOSTAĆ CHRZEŚNIAKIEM PREZYDENTA
Urodził się 23 października 1935 roku w niewielkiej wsi Dąbek w powiecie mławskim. Miał 6 braci i jedną siostrę. Jego rodzice pracowali na swoim prawie 50-hektarowym gospodarstwie. Całą procedurę związaną z chrztem rozpoczynało zgłoszenie do urzędu narodzin siódmego syna. Zanim z Warszawy przyszło potwierdzenie, cała rodzina była dokładnie sprawdzana. Czasem trwało to nawet kilka miesięcy. Termin samej uroczystości był narzucany przez urzędników. Seweryn Białorucki nie pamięta dokładnej daty swojego chrztu, bo wszelkie dokumenty zaginęły w czasie wojny. Wspomina jednak, że miało to miejsce wiosną 1936 roku i w tym samym dniu prezydent pełnił rolę ojca chrzestnego u jeszcze jednego chłopca z jego miejscowości. Było to wielkie święto dla całej wsi. Przygotowania do uroczystości trwały kilka dni.
- Mama kilka lat później opowiadała mi, że nigdy nie będę miał takiego wesela, jaki miałem chrzest – śmieje się pan Seweryn.
Chrzest odbył się w Wyszynach, gdzie znajdował się parafialny kościół. Matką chrzestną była miejscowa nauczycielka. Na dowód całego wydarzenia rodzice Seweryna Białoruckiego otrzymali książeczkę pamiątkową oraz sporych rozmiarów portret prezydenta Mościckiego.
Z ULG NIE SKORZYSTAŁEM
- Niestety, podobnie jak duża część chrześniaków prezydenta, nie zdążyłem skorzystać z przysługujących mi ulg.
Wybuch wojny i późniejsze przejęcie władzy w Polsce przez komunistów sprawiło, że przyznane przed wojną przywileje straciły moc. Czasem nawet bycie prezydenckim chrześniakiem mogło się skończyć kłopotami. W okresie powojennym w gospodarstwie rodziców Seweryna Białoruckiego ukrywali się żołnierze AK. Ścigający ich agenci UB, przeszukując zabudowania, kilkukrotnie zwracali uwagę na wywieszony portret Ignacego Mościckiego.
- Przeszukując mieszkanie mówili: co, sanacji Wam się zachciewa – wspomina pan Seweryn.
Ostatecznie jego rodzice, nie chcąc kusić losu zdjęli obraz. Według różnych szacunków do dziś żyje w Polsce około 200 synów chrzestnych Ignacego Mościckiego.
Czy pomysł, by prezydent podawał dzieci do chrztu się sprawdził?
- Dziś coś takiego nie miałoby szans, bo najczęściej rodzice decydują się na 1, 2 dzieci. Może gdyby dotyczyło to 3 czy 4 narodzin w rodzinie miałoby to sens – zastanawia się pan Seweryn.
Szybko jednak dodaje, że najważniejsze jest zapewnienie rodzinom długotrwałego dobrobytu, a nie jednorazowego bonusu zaraz po narodzinach potomka, tak jak to ma miejsce w przypadku „becikowego”.
Łukasz Łogmin
{/akeebasubs}
