Mimo że dzisiejszy felieton zapowiedziałem tytułem książki Jarosława Iwaszkiewicza, nie będzie on miał nic wspólnego ze słynną, trzytomową sagą.
Po prostu zastanowiło mnie użycie przez mistrza dwóch słów, które zawsze wydawały mi się jednoznaczne. Tymczasem, jeśli autor powieści wymienił je obok siebie, to sugeruje, że każde z użytych określeń oznaczać może zupełnie co innego. I przypomniałem sobie wówczas szereg słów, które wydają się być synonimami sławy, a jednak, po zastanowieniu, zauważam ich odrębność. Mam tu na myśli takie określenia, jak renoma, gloria, rozgłos, czy popularność. Postanowiłem zatem pogrzebać w literaturze i przyjrzeć się jak to wygląda w innych publikacjach. Na początek znalazłem, przypadkiem, bardzo ciekawe opracowanie nowojorskiego tygodnika społeczno politycznego TIME. Zacznę więc od zaznajomienia czytelników z owym „wiekopomnym” opracowaniem.
Najpierw kilka słów o amerykańskim tygodniku. Jest to czasopismo, które istnieje od prawie 100 lat (założone w roku 1923). Jego średni nakład, to około 4 000 000 egzemplarzy. W całym współczesnym świecie cieszy się ogromną renomą. Tygodnik ów, każdego roku, ogłasza swój ranking najważniejszych postaci. W skali globalnej. Na podstawie owych cyklicznych prezentacji, ostatniego dnia dwudziestego wieku, czyli 31 grudnia roku 1999, w specjalnym wydaniu, tygodnik TIME opublikował listę stu najważniejszych ludzi minionego stulecia. Dodam, że dotyczy ona postaci zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Gdybyśmy chcieli posłużyć się wymienionymi przeze mnie, na wstępie, określeniami, powiedziałbym cieszących się albo złą, albo dobrą sławą. Zajrzyjmy zatem do owej amerykańskiej prezentacji (The Most Important People of the Century).
Redakcja tygodnika podzieliła swój ranking na pięć kategorii. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Pośród polityków znalazł się Winston Churchil (dobra sława), ale także Adolf Hitler (sława zła). W tej kategorii znalazło się dwóch Polaków - Jan Paweł II oraz Lech Wałęsa (jedyni Polacy na całej liście). Nieco kontrowersyjnym wyborem wydaje mi się umieszczenie na liście byłego, chińskiego przywódcy Mao Zedonga. Wytypowanie wielkich artystów było łatwiejsze. Wyróżniono aktorów Marlona Brando i Charliego Chaplina, malarza Pabla Picasso, a także muzyków (piosenkarzy) Louisa Armstronga, Franka Sinatrę oraz Elvisa Presleya. Moje zastrzeżenie budzi jedynie postać Le Corbusiera - przedwojennego, francuskiego architekta. Jego ówczesna nowoczesność jest dzisiaj oceniana raczej negatywnie. Pośród konstruktorów i tytanów znalazł się Henry Ford, a także Walt Disney. Naukowców reprezentują Albert Einstein i bracia Wright. Natomiast wielki miszmasz, to zestaw nazwisk bohaterów i symboli. Figurują tam, obok siebie, między innymi, Marilyn Monroe i Matka Teresa z Kalkuty. John Kennedy oraz księżna Diana, a także bokser Muhammad Ali. Polecam tę lekturę w całości. Mnie ona przypomina powiedzonko z lat pięćdziesiątych minionego wieku. Powojenni, warszawscy cwaniacy - poniekąd menele - przebrani w amerykańskie ciuchy z bazaru, czyli tak zwani bikiniarze, mieli swoje kultowe powiedzonko: „my Amerykanie mamy własne zdanie”.
Podsumujmy. Słowo sława nie jest jednoznaczne (zła sława i dobra). Inaczej gloria, czyli po łacinie chwała. Ta nigdy nie ma wersji pejoratywnej. Może dlatego jest często stosowana jako nazwa własna. Na przykład szczytu górskiego w Wenezueli, rumuńskiego klubu piłkarskiego, czy kina w Bytomiu. Inaczej z renomą. Należy mieć ją dobrą, jak najlepszą, ale może być także i zła. Co do takich określeń jak rozgłos i popularność, to odkąd na świecie pojawili się tak zwani celebryci, to słowa te nie znaczą nic, jeśli chodzi o wartość ocenianego delikwenta. Nagadałem się. Dziękuję za cierpliwość.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
