Ciąg dalszy wspomnień Leszka Mierzejewskiego z czasów jego pracy w Lenpolu
Niefortunnie się stało, że za czasów Lucjana Miniszewskiego rozpoczął się upadek przemysłu w Polsce i naszych zakładów lniarskich. Pamiętam jego powiedzenie: - Żeby się odbić, trzeba spaść na same dno! Tylko nie przewidział, że w całej Polsce dna stawały się muliste i zabagnione. Z Lucjanem Miniszewskim jeszcze wiele lat miałem do czynienia, gdyż polowaliśmy w jednym kole „Sokół” Szczytno, jak również superpoprawnie współpracowaliśmy w zakresie gospodarki mieszkaniowej. On społecznie, ja służbowo z ramienia Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej.
Po nim zarządzał, likwidując zakład, inż. Krzysztof Stempiński, zdolny i ambitny człowiek, którego wraz z żoną, jako młodych inżynierów, prosto po studiach wprowadzałem w arkana sztuki zawodowej.
Czy dobrze, czy źle, że dyrektorzy nie byli wieczni, że byli przerzucani z miejsca na miejsce, a zawody zmieniali jak rękawiczki? Trudno jest dziś to sprawiedliwie ocenić! Ci, którzy nie pracowali za tamtych i za obecnych czasów w „zawodzie dyrektorskim”, nie powinni strzelać negatywnymi ocenami i to do pustej bramki.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Pracowałem w tamtych latach na dyrektorskim stołku i w obecnym ustroju wiele lat, więc liznąłem przyjemności zarządzania i mogę sprawiedliwie ocenić sytuację! Wówczas było wielu wartościowych dyrektorów, którzy ukończyli państwowe renomowane uczelnie i wyjątkowo sprawnie zarządzali firmami, ale był to czas przewodni Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej! Kto nie słuchał, niejednokrotnie i błędnych wytycznych - ten musiał odejść. Teraz wielu jest takich, którzy rżną niewiniątka i głoszą wszem i wobec, że są wyjątkowo inni i czyści! Tylko jak przychodzi co do czego, to boją się poddać uczciwej lustracji, a stare zdjęcia z pochodów pierwszomajowych podarli lub głęboko pochowali. Nie tak dawno rozmawiałem z jednym takim, który zamierzał wcisnąć mi kit, że za czasów „głębokiej komuny” był dyrektorem dużych zakładów przemysłowych, pomimo że nie należał do żadnej partii, tj. ani do PZPR, ani do ZSL. Na śmiech mnie zebrało, nie dyskutowałem z nim, bo nie było sensu rozwijać tematu...
Część dyrektorów, prezesów, naczelników i innych, miała mierne wykształcenie. Ci wybrańcy, wysoce partyjni i z układami, kończyli swoje szkoły średnie i uczelnie! Jedną z nich była Wyższa Szkoła Nauk Politycznych przy Komitecie Centralnym PZPR w Warszawie. Bronili tam tytuły naukowe magistrów jak i doktoraty. Tam również otrzymywali pozostałe tytuły naukowe…
Ówczesny naczelnik naszego miasta obronił na tej uczelni właśnie doktorat, z tematu typowo rolniczego, gdyż wcześniej kończył wydział rolny w Kortowie. Na marginesie, przypomniał mi się przytyk prof. dr. inż. Zbisława Martiniego w czasie mojego egzaminu. Mianowicie w roku 1972/1973, kiedy studiowałem na trzecim roku w Olsztynie, w pewnym momencie, gdy czegoś nie wiedziałem - profesor zaśmiał się, mówiąc: - Jak jesteś mało zdolny, to idź na wydział rolny!
Dałem sobie radę, przedmiot z maszynoznawstwa zaliczyłem u niego na dobry. Mam do dziś ten wpis w indeksie, a Wydział Mechaniczny w Kortowie po śmierci profesora został nazwany jego imieniem.
O fachowcu w zawodzie nie decydowała i nie decyduje ukończona uczelnia, lecz jego predyspozycje osobowe, a faktycznie zdolności wrodzone i samodokształcanie! Pamiętam, że w swojej karierze zawodowej miałem przyjemność pracować pod kierownictwem, współpracować, oraz zarządzać osobami, które miały ukończone renomowane uczelnie, były po „kiepskich” studiach, jak i nie miały studiów wyższych. Z całą odpowiedzialnością stwierdzam, że z orła nie zawsze jest świetny szybowiec, nieraz wróbel prześcignie go w locie! Gdy pracowałem w przemyśle, kierowali mną dyrektorzy ze średnim wykształceniem technicznym! Niezastąpieni fachowcy, wiele się od nich nauczyłem w zawodzie. Gdy ja już kierowałem zespołem ludzkim, zatrudniłem małżeństwo, skończyli tę samą uczelnię. Ona z piątką na dyplomie, on z trójczyną. W pracy było całkiem odwrotnie! Pamiętam po zmianie ustroju, gdy natworzyło się wszelakiego rodzaju szkół średnich i uczelni, to zatrudniłem osobę po średnim wykształceniu ze specjalnością łąkarstwo – szkoła ta parę lat istniała w Wielbarku. Nie zawiodłem się, osoba ta była nadzwyczaj zdolna i kompetentna! Kiedyś przejąłem w spadku osobę do pracy, która w dawnych czasach skończyła maturę organizowaną dla pracowników (bez średniego wykształcenia) w WSPol. Koniec świata, w jednym zdaniu robiła dwa, trzy błędy. Nawet, gdy komputer wyłapywał jej byki ortograficzne, ona nie potrafiła ich poprawić! Gdy byłem dyrektorem ZGK, to zamierzałem zatrudnić pracownicę do księgowości. Zgłosiło się wiele chętnych, jedna z nich w wstępnej rozmowie hardo powiedziała mi, że skończyła renomowaną wyższą uczelnię! - Jaką? - zapytałem. -Telewizyjną Warszawską! Zrobiłem wielkie oczy, więc zapytałem: - Gdzie? - W Szczytnie - odpowiedziała. - Tak, tak! My przez 3 lata zaocznie słuchaliśmy wykładów przed telewizorem! Na zakończenie semestru profesorowie z Warszawy przyjeżdżali do Szczytna, by sprawdzić nasze wiadomości. Zrezygnowałem z tej kandydatki, bo nie dowierzałem, żeby przez 3 lata, zaocznie, przez telewizyjne wykłady liznąć księgowości. Ale znam jedną panią, która właśnie skończyła tę „telewizyjną uczelnię”, pracuje w Urzędzie Miejskim, jest świetnym fachowcem i pnie się po szczeblach kariery!
Również pamiętam kawał, za którego opowiadanie w latach 70. można było tłumaczyć się służbom bezpieczeństwa: „Pierwszy Sekretarz Komitetu Centralnego Partii studiował na Akademii Górniczo - Hutniczej. Któregoś ranka dzwoni do rektora z zapytaniem: - Towarzyszu rektorze, na którym, to ja jestem roku? - Na drugim, towarzyszu sekretarzu. - Oj, opieszale wam to idzie, towarzyszu rektorze!
Powracając do początków mojej pracy w przemyśle lniarskim, miałem wówczas 21 lat, byłem jeszcze wolnym jak ptak i wciąż mieszkałem na ul. 1 Maja. Ulica moja niewiele zmieniła się przez dziesiątki lat i nadal nie wyglądała za okazale!
Natomiast firma moja, która nosiła nazwę: Olsztyńskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Ollen” w Szczytnie z siedziba na ul. Gnieźnieńskiej 2, zmieniała się z dnia na dzień i to radykalnie.
Cdn.
Leszek Mierzejewski{/akeebasubs}
