Kiedy myślę o mojej pracy w ZOZ, to ból lekko tylko serce ściska, gdy jestem na terenie szpitala i wspomnę zamkniętą pralnię, a faktycznie zniszczony przez czas obiekt, gdzie technologia prania była w tamtym czasie najnowocześniejsza w Polsce, a kilkanaście kobiet z naszych okolic miało zatrudnienie. Przypominam sobie wyłączoną z eksploatacji kuchnię i spalarnię odpadów medycznych – ale to wszystko jak przez mgłę i przez moment. Najważniejsze, że od kilku lat szpitalem zarządza mgr Beata Kostrzewa, poniekąd bardzo sympatyczna kobieta i jak przekazują mi moi starzy znajomi – mądra szefowa.
Nieszczęściem było, że po mnie szpitalem zarządzali ludzie z łapanki, którzy wymienialni byli jak papier toaletowy w miejskim szalecie. Do wyjątków należał przedostatni dyrektor lek. Marek Michniewicz, który dużo zrobił dobrego dla naszej służby zdrowia. Znałem go od młodych lat i znam do dziś z pozytywnej strony.
Od wielu lat szpital podlega pod powiat. Z tego, co mi wiadomo rozbudowa jednostki idzie swoimi niezależnymi torami. Zresztą każdy zarządzający ma swoją teorię i wizję, uważając, że to co stare przechodzi do lamusa, bo jego plany są najwłaściwsze i najlepsze! W powiecie trzeba wszystko uzgadniać z komisją zdrowia, z Radą Powiatu, ze starostą itd. - trochę współczuję pani dyrektor, bo wiem jak to jest z radnymi - nie wszyscy są kompetentni w zagadnieniach, ale każdy zna się na temacie, jakby był medykiem i dyrektorem szpitala!!!
Może się mylę, niech i tak będzie, przecież po tylu latach wypadłem z obiegu! {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Mam nadzieję, że, pomimo pandemii, dyrektor Beata Kostrzewa pomalutku rozwiąże wszystkie problemy związane z rozbudową i przebudową, NFZ i zatrudnieniem nowego personelu. Fakt, że finansowo ma teraz o wiele łatwiej zarządzać, niż my mieliśmy ćwierć wieku temu. Nam nawet nie śniło się o kolejnym zastrzyku środków finansowych w wielkości pół miliona złotych na doposażenie w niezbędny sprzęt szpitala. Gdyby nam Urząd Marszałkowski przekazał jakieś środki poza planem, to bylibyśmy wniebowzięci! My musieliśmy każdy grosz załatwiać wieloma sposobami, a przeważnie przez układy ludzi ze Szczytna – takie to były czasy! Na doposażenie placówek służby zdrowia w nowy sprzęt (poza planem), nie było żadnych szans, jedynie coś nam Niemcy ze swojego demobilu podrzucali, za co i tak im byliśmy wdzięczni.
Dla poprawienia humoru opowiem Wam kawał, jaki kiedyś wymyśliłem, leżąc w szpitalu. Był on powielany przez wielu i nawet widziałem go w druku: Chory codziennie, po obchodzie wkładał ordynatorowi 100 zł do kieszeni fartucha. Od kilku dni zaczął wkładać tylko po 50 zł. Lekarz w końcu zagadnął chorego, jaka jest przyczyna niższych „wkładek”. – Syn musiał zrezygnować z akademika, mieszka teraz na stancji, opłaty wzrosły. Żona zaniemogła, mamy większe wydatki na leki – usprawiedliwiał się chory. Na to ordynator: - A dlaczego z moich pieniędzy?
Cdn.
Leszek Mierzejewski{/akeebasubs}
