Młyńsko, zwane potocznie Czerwonym Mostkiem, było w okresie PRL-u popularnym miejscem wypoczynku mieszkańców Szczytna. Dziś po tym okresie zostały już tylko wspomnienia, bo staw z roku na rok zarasta trzcinami i nikt się w nim od dawna nie kąpie. Niewiele osób jednak wie, że miejsce to kryje sięgającą czasów średniowiecza historię nierozerwalnie związaną z dziejami Szczytna.
ZAMKOWY MŁYN
Młyńsko to niewielka osada położona nad rzeką Wałpuszą ok. 1,5 km od Szczytna przy drodze w kierunku Olszyn. W okresie powojennym mieszkańcy Szczytna nazywali to miejsce Czerwonym Mostkiem. W czasach PRL-u było to popularne wśród szczytnian kąpielisko, które latem tętniło życiem. Swoją nazwę wzięło od czerwonych barierek na moście przebiegającym przez drogę nad Wałpuszą. Miejsce to ma jednak dużo dłuższą historię, sięgającą czasów średniowiecza, a porastający je obecnie las kryje niejedną tajemnicę z przeszłości.
Przez setki lat w Młyńsku funkcjonował młyn. Powstał on już w czasach krzyżackich i był gospodarczo związany ze szczycieńskim zamkiem. Jego niemiecka nazwa to Hausmühle, ale do końca XIX w. używano również polskiej – Osmel. Ciekawostkę stanowi fakt, że obecna ulica Polska w Szczytnie pod koniec XVII w. nazywała się ulicą Młyńską. Młyn przechodził różne koleje losu. Kilkakrotnie uległ spaleniu, ale za każdym razem był odbudowywany. Według regionalisty Witolda Olbrysia, znawcy dziejów Młyńska, w połowie XIX w. obiekt miał dwa koła – jedno młyńskie, drugie tartaczne.
NIETRAFIONA INWESTYCJA
Zmiany gospodarcze i postęp techniczny sprawiły, że na początku XX w. młyn stracił na znaczeniu. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Na początku XX w. w dawnych zabudowaniach majątku Hausmühle urządzono gospodę. Jak mówi Witold Olbryś, była to w pewnym sensie poprzedniczka późniejszej restauracji „Leśna”. - Stanowiła popularny cel wycieczek mieszkańców Szczytna. Odbywały się tu regularnie odczyty i koncerty – opowiada regionalista. Pod koniec stycznia 1914 r. majątek kupiło miasto Szczytno. Okazało się jednak, że nie była to szczęśliwa inwestycja. W pobliżu Młyńska Niemcy wybudowali linie zasieków i obiektów militarnych, tzw. blokhauzów wchodzących w skład umocnień znanych jako Szczycieńska Pozycja Leśna. W sierpniu 1914 r., chcąc oczyścić sobie przedpole przed nacierającą armią rosyjską, spalili Młyńsko. Spłonęła wówczas gospoda oraz pozostałe zabudowania, a mieszkańcy mieli tylko kilka godzin na zabranie swojego dobytku i opuszczenie tego miejsca. Po I wojnie wojnie światowej Młyńsko miało być odbudowane. Świadczą o tym zachowane w olsztyńskim archiwum projekty budynków autorstwa znanego architekta Augusta Wieganda, który zaprojektował w tamtym okresie wiele obiektów w samym Szczytnie. Plany te nie doczekały się jednak realizacji.
SKĄD SIĘ WZIĄŁ CZERWONY MOSTEK?
Pod koniec lat 30. XX w., jeziora w Szczytnie były coraz bardziej zanieczyszczone, a w dodatku opadał w nich poziom wód. Ówczesne władze miasta zadecydowały wtedy o budowie miejskiego kąpieliska w Młyńsku. W tym celu wykopany został staw. Niemcy zamierzali rozbudować infrastrukturę rekreacyjną, wzbogacając ją m.in. o łaźnię. Zamiary te pokrzyżował rok 1945, kiedy to III Rzesza poniosła klęskę w II wojnie światowej. Staw jednak przetrwał i jeszcze przez wiele dziesięcioleci służył mieszkańcom Szczytna. Wielu z nich do dziś z sentymentem wspomina czasy, kiedy zażywało tu kąpieli.
Długoletnia współpracowniczka „Kurka Mazurskiego” i propagatorka aktywnego stylu życia Grażyna Saj – Klocek opowiada, że na Czerwony Mostek po raz pierwszy zabrał ją tata. Było to w latach 70. Później wielokrotnie przyjeżdżała tu z koleżankami, a następnie z rodziną. - To było kameralne, fantastyczne miejsce. Latem przyjeżdżaliśmy tam codziennie – opowiada. Najbardziej lubiła korzystać z plaży znajdującej się na małej łączce od strony śluzy na rzece Wałpuszy. - Jeśli się za późno przyjechało, to trudno już było się tam rozłożyć, bo wszystkie miejsca były zajęte – wspomina pani Grażyna. Najczęściej docierała do Czerwonego Mostka na rowerze. Droga ze Szczytna wiodła obok stadionu leśnego, przez strzelnicę. - Była tam dość trudna do pokonania niecka. Jak się jechało w peletonie, to jak jeden z rowerzystów się nie wyrobił i nie zdołał pokonać wzniesienia, to pozostali na niego wpadali – mówi pani Grażyna.
ZDRADLIWA GŁĘBIA
Wspomnieniami o Czerwonym Mostku podzielili się z nami w mediach społecznościowych także inni mieszkańcy. Pani Anna, która mieszkała w dzieciństwie blisko stawu, w nim nauczyła się pływać. - Pamiętam, że były w nim karasie. Na brzegu biwakowali harcerze – wspomina. Dodaje, że były tu trzy kąpieliska – dwa od strony lasu i jedno od strony rzeki. Pani Anna zapamiętała, że w wokół jeziorka rosły kwiaty o charakterystycznym zapachu zwane mydelnicami. - Gdy obok jeziorka, na rzece Wałpuszy co jakiś czas stawiano tamę, poziom wody był tak wysoki, że chłopcy z mostu wskakiwali do niej na główkę. Później, kiedy woda opadała, zobaczyłam na dnie ogromne kamienie. To cud, że nikomu nic się nie stało – opowiada mieszkanka.
Okazuje się jednak, że miejsce to owiane było również złą sławą. Pan Grzegorz wspomina, że plaża od strony lasu, ze względu na ukształtowanie terenu, pochłonęła kilka ofiar. Potwierdza to Grażyna Saj – Klocek. Sama musiała ratować swojego kilkuletniego wówczas syna, który pewnego razu zaczął się topić. - Była tam bardzo zdradliwa głębia – mówi.
SPECYFICZNY MIKROKLIMAT
Dziś staw jest już bardzo zarośnięty wodną roślinnością. Wokół rozciąga się trzcinowisko, a coraz słabiej widoczną z mostu na DK 53 taflę wody pokrywa gruba warstwa rzęsy. Od dawna nikt tu się nie kąpie.
Młyńskiem zauroczony jest Witold Olbryś. Jego zdaniem miejsce to ma swój niepowtarzalny urok i warto by uchronić je przed zapomnieniem. Sugeruje, że w pobliżu, gdzie stał młyn, można by postawić tablicę pamiątkową przypominającą jego historię. - Mogłaby to być dodatkowa atrakcja w połączeniu z przebiegającą niedaleko ścieżką rowerową – zauważa. Sam często tu przyjeżdża, szukając wyciszenia i odpoczynku na łonie przyrody. Jak się okazuje, nie tylko on. W trakcie naszej wyprawy do Młyńska, spotkaliśmy pochodzącą z Rudki, a mieszkająca na stałe w Gdyni panią Justynę wraz z rodziną. - Choć wychowywałam się niedaleko stąd, nic nie wiedziałam o tym miejscu – mówi pani Justyna. - Powiedziała mi o nim dopiero siostra i to dzięki niej je odkryłam. Jest tu bardzo przyjemnie – cisza, spokój. Dzieci mogą bezpiecznie brodzić w rzece. Panuje tu specyficzny mikroklimat – dodaje nasza rozmówczyni, brodząc w leniwie płynącej Wałpuszy z malutką córeczką Zosią.
Ewa Kułakowska
PS. Pisząc o historii Młyńska opierałam się na opracowaniu autorstwa Witolda Olbrysia, któremu dziękuję za pomoc w przygotowaniu artykułu.{/akeebasubs}
