Orlen Reklama Top

Wiosna w pełnym rozkwicie, ale najpiękniejszy miesiąc troszkę kapryśny. Raz świeci słoneczko, za moment zimny wiatr, deszczyku jak na lekarstwo. Jednak przyroda jakoś sobie radzi i ukazuje całą krasę. W niedzielę 12 maja 2019 r. wybrałam się na pierwszą w tym roku wycieczkę z „Kręciołami"- pasjonatami rowerowych wypraw.

Kolega Bogusław Palmowski zaproponował objazd trasy Maratonu Juranda, bowiem za kilka dni biegacze wystartują w 30-tym jubileuszowym Maratonie. Wiadomo „Kręcioły" pomagają organizatorom, ale zaangażowanie Bogusia niezmienne od lat. Doskonale pamiętam, że jako Prezes „Społem" oraz Prezes TKKF użyczał biegaczom świetlicy. Pamiętam jak nosiliśmy stoły i krzesła na Plac Juranda, pamiętam też siebie „wrabianą" w pisanie i drukowanie na powielaczu wyników. Zwykle dyżur pełniłam w biurowcu (miejscu swojej pracy) i mimo, że przez okno wiele widziałam, to byłam oddalona od epicentrum wszelkich emocji, ale pewnego razu te emocje dopadły i mnie. Do pokoju wszedł listonosz z olbrzymią paczką i oznajmił, że trzeba zapłacić za przesyłkę. Wymienił taką kwotę, od której zakręciło mi się w głowie. Po pierwsze nie miałam gotówki, po drugie wiedziałam, że w środku są medale, na które wszyscy czekają. Doręczyciel się niecierpliwił, a ja podbiegłam do okna i tuż koło kiosku Ruchu dostrzegłam Zbyszka Dobkwskiego jednego z organizatorów i zaczęłam się wydzierać: „Zbyszek!, Zbyszek!", a on nic, więc rozdarłam się: „Poziomka!" i efekt był właściwy. Natychmiast przybiegł do biura, za chwilę sprowadził Wiesia Siurnickiego z kasą. Takim oto sposobem stałam się bohaterką imprezy, która dzięki mojej determinacji była po prostu na medal. W tym miejscu wyjaśniam, że wówczas nawet nie miałam pojęcia, że zostaną wymyślone telefony komórkowe. O właśnie w mojej kieszeni zabrzęczała komórka i wspomnienia sprzed wielu lat ulotniły się. Dzwoniła Ela z Wawroch z zapytaniem czy wstąpimy do niej na napar miętowy. Z radością przyjęliśmy zaproszenie. Spacerując w towarzystwie pieska i owieczek podziwialiśmy zawsze życzliwe i serdeczne dla „Kręciłów" obejście. Ela nieśmiało stwierdziła, że ona też ma ochotę na wycieczkę, ale samochodem. Wpadłam na genialny pomysł, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pożegnałam „Kręcioły" i wspólnie z Elą, Halinką oraz Marzenką ruszyłyśmy do Małgi. Od wielu lat w okresie kwitnięcia bzów staram się być w tym pełnym magii i tajemniczości zakątku. Za sprawą fantastycznego splotu okoliczności znów tam się znalazłam. Nie tylko ja miałam taki pomysł – wielu turystów też tam zawitało. Wprawdzie wieża nadal istnieje, ale jej stan budzi niepokój, na dodatek bzy takie biedne, zasuszone... Po raz pierwszy dziwny lęk i strach wdarł się w moje serce. Zawsze lilaki upiększały wieżę, a ich zapach był takim ukojeniem. Na szczęście w maju jak w gaju, bo pozostała roślinność piękna, soczysta i taka historycznie uroczysta.

Grażyna Saj-Klocek

W maju jak w gaju