Ciąg dalszy wspomnień Leszka Mierzejewskiego z czasów jego pracy w Lenpolu.

Wczasy w Miłakowie
Leszek Mierzejewski

Od początku pracy zawodowej bardzo często jeździłem w delegacje do swoich zakładów produkcyjnych. Jednych z nich był zakład w Miłakowie. Lubiłem tam przebywać, gdyż mieliśmy w tej miejscowości swój ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem Mildzie, tuż za zakładem. Do naszej dyspozycji były domki letniskowe, świetlica, stołówka, przystań, sprzęt pływający. Tam spędzałem kilka razy dwutygodniowe wczasy z całą rodziną. Jednego lata poznałem, a nawet zaprzyjaźniłem się, z Czesławem Klenczonem, ojcem Krzyśka. Kierownikiem ośrodka był wówczas Marian Glinka powinowaty rodziny Klenczonów. Pomimo idealnych warunków socjalnych, do dziś najmilej wspominam czas spędzony na łonie natury. Wieczorami nie było mody na grilla, ale jedzenie i picie najlepiej smakowało przy ognisku. Pieśń wspaniale niosła się po jeziorze Mildzie. Gdy nie udało się załatwić najzwyklejszej kiełbasy, to smakowały pieczone ziemniaki. Do tego obowiązkowa wódeczka z czerwoną kartką, chłodzona w jeziorze! Jednego razu kolega przywiózł pięć kaczek do pieczenia. Jadąc samochodem przez wioskę, wpadł w stado maszerujących ptaków! Nie wyhamował na czas, padło ich z 10 sztuk pod kołami rozpędzonego samochodu. Gdy stanął z zamiarem uporządkowania szosy, pomyślał, że ze dwie kaczki zabierze na ognisko, gdzie był zaproszony. Gdy otworzył bagażnik, kątem oka zauważył chłopa biegnącego z widłami w jego stronę i coś do niego wykrzykującego w wniebogłosy! Więc nie zastanawiając się długo, zaczął go ponaglać: - Szybciej, szybciej, do weterynarza je zawieziemy! Niech je ratuje! Chłop podbiegł, uspokoił się i rzekł, że już ich nic nie uratuje, a nasz kolega za dobre serce otrzymał połowę, tj. pięć kaczek gratis! Mieliśmy wówczas ucztę królewską, połowa znajomych z ośrodka konsumowała ten pieczony rarytas w glinie i w ognisku. Do dziś pamiętam ten smak rozpływający się w ustach. Co roku obiecuję sobie, że jeszcze raz przyrządzę takim sposobem kaczkę. Lata przemijają, smak i ślinka pozostaje – a to nic prostszego. Wtedy z każdej kaczki usunęliśmy wnętrzności, opłukaliśmy wnętrza w jeziorze i pod bieżącą wodą, natarliśmy środek solą. Nieoskubane kaczki oblepiliśmy dość grubo warstwą gliny i włożyliśmy do ogniska. Z tym, że do kaczek zaczepiliśmy drut, celem wyciągania z żaru. Po około jednej godzinie wyciągnęliśmy kaczki, obtłukliśmy glinę, która odeszła wraz z piórami! Okazało się, że pieczyste było gotowe. W ten sam sposób jeszcze wiele razy przygotowywaliśmy kury, świeżo złowione ryby, z tym, że do wnętrz jamy brzusznej ryb dodawaliśmy posiekanego selera, kilka gałązek kopru i jagód jałowca. Rybę piekliśmy przez 15 - 20 min. Palce lizać!{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Przy ogniskach bezwzględnie był śpiew, na początku „Płonie ognisko w lesie” i „Gdy strumyk płynie z wolna”… Pod koniec imprezy nie zabrakło: „Hej sokoły”, „Wszystkie rybki”… Śpiewało się na cały regulator, zresztą z każdego zakątka słychać było śpiew, nikt nikogo nie uciszał!

Autor na wczasach w ośrodku w Miłakowie

Ostatnio, gdy w Szczytnie byłem zaproszony na grilla, do znajomych, to bez śpiewu, żeby sąsiedzi z działki się nie obrazili! Żarcie wyszukane, tj. antrykot, rostbef i oczywiście polędwica wołowa. Ponacinane na brzegach, nakłuwane widelcem i przez jeden dzień nacierane przyprawami. Wódka w kwadratowych butelkach, pachnąca i o dziwnych nazwach, do dziś mi się odbija jedzenie, a wódka – lepiej jej nie wspominać, bo mi się mózg lasuje!

Jednak pierwsze pobyty w Miłakowie, a konkretnie w ośrodku wypoczynkowym zapamiętałem nie tylko z imprez, ale i z innych względów. Mianowicie od dłuższego czasu przebywałem w zakładzie, nadzorując modernizację i jednocześnie ucząc się wszystkiego o parku maszynowym w wydziale roszarni.

Któregoś parnego popołudnia, kierownik ośrodka biegał jak poparzony. Wcześniej wyniósł się ze swojego domku, gdzie przywieziono pościel prosto z magla. Sprzątaczki od rana wietrzyły i czyściły lokum. Popłoch, jednym słowem ktoś ważny przyjeżdżał z centrali. Dowiedziałem się już wcześniej - będąc w pracy, że to dyrektor naczelny naszych zakładów ma nocować z ważną personą. Około godziny 21.00 odszukał mnie kierownik ośrodka z wiadomością, że dopytuje się o mnie dyrektor Wacław Folaron. Kierownik niesamowicie był wystraszony, trząsł się jak galareta, myślał, że podpadłem u naczelnego.

Natychmiast zameldowałem się do dyrektora, który przebywał w domku wraz ze starszym facetem o sumiastych wąsach. Byli już lekko podcięci. Dyrektor poprosił mnie o drobną przysługę, mianowicie zorganizowanie damskiego towarzystwa i alkoholu. Ja na to, jak na lato. Przecież byłem w tamtych latach mistrzem w tym temacie. Bez zająknięcia i z uśmiechem na ustach zaaprobowałem temat! Otrzymałem kluczyki od służbowej, czarnej wołgi, odpowiedni zasób gotówki i obrałem kurs do miłakowskiej knajpy. Około 3 kilometrów od ośrodka wypoczynkowego. Znałem już wszystkie miejscowe ślicznotki. Wybrałem trzy najładniejsze, znajome dziewczyny, którym nakazałem mówić, że mogą balować, ale tylko w trójkę i pod moją opieką! Super biesiadowaliśmy do białego rana!

Cdn.

Leszek Mierzejewski{/akeebasubs}