W tamtych czasach, kiedy każdy skakał z jednej posady na drugą, zarobić można było dużo, tylko towarów w sklepach brakowało. Trzeba było mieć układy i znajomości lub dobry bajer, ewentualnie być zatrudnionym na wysokim stanowisku, żeby godnie żyć. Właśnie Włodek miał układy, znajomości i dobry bajer.

Włodzimierz Włodarczyk cz.2Pamiętam odwieczny problem myśliwych - brak naboi do dubeltówek. Któregoś dnia Włodek rzekł, swoim cwaniackim głosem: - Jedziem do Pionek, ja tam wsiśtko, co potrziebujecie ziałatwię! Okazało się, że zna dyrektora w Fabryce Amunicji Myśliwskiej w Pionkach. Pojechaliśmy: ja, Jurek Jusis, Stefan Haczkiewicz ówczesny łowczy rejonowy, jeszcze jeden kolega myśliwy no i Włodek. Wyruszyliśmy w trasę Jurka zakładową nysą. Wszystko poszło gładko i składnie, tylko Włodziu bez zgody dyrektora załatwił większą ilość amunicji z szefem Działu Zbytu, też jak się okazało jego kolegą. Mieliśmy wypisane dwie faktury, na ilość uzgodnioną i ewentualnie zwiększoną. Dyrektor przy pożegnaniu zadecydował, że jeżeli Komendant Straży Przemysłowej nas odprawi z tą zwiększoną ilością, on nie będzie stawiał sprzeciwu. Wówczas koła łowieckie obowiązywał zakaz bezpośredniej sprzedaży, jedynie odrzut z eksportu mógł być upłynniony, ale tylko w tej maksymalnej ilości, jaką mieliśmy uzgodnioną z dyrektorem. Podjechaliśmy pod portiernię (my podenerwowani i wystraszeni), Włodek krzyczy do wartownika: - Wołać natychmiast komendanta! {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Strażnik w mundurze pyta: - A kto prosi? - Major milicji, biegiem! Komendant był gdzieś na terenie zakładu. My w nysie siedzimy jeszcze bardziej zszokowani: - Co ten Włodek wyczynia? Zamiast grzecznie prosić, on ponagla już w międzyczasie następnego strażnika. Patrzymy, biegnie komendant. Włodek z daleka krzyczy: - To my tu czekamy z godzinę, a ty tak witasz gości ze Szczytna! I zaczęli się całować, a potem my. Wypiliśmy u niego 1 litr wódki. Potem gościł nas u siebie w domu. Późnym wieczorem wyjechaliśmy z większą ilością amunicji, za którą zapłaciło koło łowieckie przelewem. Jak się wyjaśniło, komendant był absolwentem naszej szkoły milicyjnej. Razem z Włodkiem przewrócili niejedną butelkę. Przed wyjazdem do Pionek, Włodek już z nim wszystko uzgodnił, trzymając nas w słodkiej niepewności.

Włodek wszędzie i dla wszystkich potrafił każdy temat załatwić, ale jednej sprawy dla siebie nie mógł w żaden sposób zbajerować. Jego daleka kuzynka, była pielęgniarka, dostała eksmisję z mieszkania zakładowego będącego pod zarządem służby zdrowia. Włodek już jeździł do tego miasta, rozwijał swoje talenty i układy, zapuszczał swoje macki, pił wódkę w administracji i na nic. Decyzja o opuszczeniu lokalu nadal była prawomocna, termin eksmisji zbliżał się wielkimi krokami. Któregoś pięknego poranka moja sekretarka poinformowała mnie, że odwiedził moje progi pan Włodzimierz. – Lesiu! Przyjacielu, jeżeli ty mi nie pomożesz, to nie ma życia, wyjeżdżam na Syberię lub w afrykański busz, tak być nie może! – Co się stało? - zapytałem zdziwiony. I wówczas Włodek wyłożył mi całe swoje zmartwienie. Tak się złożyło, że dyrektorem zarządzającym tymi lokalami był mój serdeczny przyjaciel, który notabene podpisał jej wypowiedzenie z lokalu mieszkalnego. Szkopuł w tym, że on nie pił alkoholu, był abstynentem już od kilku lat. Znałem jego upodobania, gdyż jeździliśmy nie jeden raz na kursy, narady, konferencje. Poinformowałem o tym problemie Włodka, który natychmiast zaśmiał się i zarecytował mi przerobioną fraszkę Jana Kochanowskiego: Ziemia deszcz pije, z ziemi drzewa piją. Z rzek morze pije, z morza wszystkie gwiazdy żyją - a my z twoim dyrektorkiem z jednej szklanki będziemy pili! Zobaczysz na własne oczy...

Umówiłem się z moim kolegą na spotkanie, nie mówiąc mu o co mi chodzi, tylko, że mam temat do załatwienia. Dyrektor przyjął nas jak to kiedyś bywało: my buzi – buzi, kawa, herbata, paluszki, ale nic z alkoholi. Na początku kilka słów uprzejmości i Włodek przeszedł do sedna sprawy, z tym, że nie pytając o zgodę gospodarza postawił na stole 0,7 litra dobrej, białej wódki i wędzone węgorze na zakąskę. Gospodarz gabinetu aż się za głowę złapał, twierdząc, że on od 10 lat kropli w ustach nie miał. Włodek poderwał się, mówiąc swoim charakterystycznym głosem: - Cio? To o 10 lat za długo, ja panu to mówię major policji, praktyk i teoretyk w tym temacie. Podczas swoich wywodów nalewał i częstował. Wypijali na którąś tam z rzędu nóżkę. W międzyczasie był bruderszaft, ja jeździłem po następną butelkę. Gdy wróciłem, sekretarka miała wielkie oczy i wypisany nowy przydział na mieszkanie.

Wieczorem odwiozłem dyrektora go do samego mieszkania. Żona na jego widok zaniemówiła. Najpierw na mnie krzyczała, wyzywała nas to znaczy mnie i dyrektora od pijusów i bezbożników, później mnie przepraszała i dziękowała, jako bardziej trzeźwemu za przyholowanie jej pijanego męża. Włodek już spał, aż do samego Szczytna, dzierżąc w teczce prawomocny przydział na mieszkanie. Na drugi dzień telefonował do mnie dyrektor, twierdząc, że ma strasznego kaca i że przez następne 20 lat nie spojrzy na alkohol. Poprosił mnie, żebym więcej nie przywoził do niego tego diabła Włodka.

Leszek

Mierzejewski

(cdn.){/akeebasubs}