Najciekawsze były przejazdy do Kaliningradu przez zatłoczoną granicę, gdzie bez układów trzeba było odczekać minimum 3 - 4 godziny.

Włodzimierz Włodarczyk cz.3
Kaliningrad podobał mi się pod względem architektonicznym, do złudzenia przypominając Gdańsk

Jednego razu jechało nas 10 osób mikrobusem. Przed granicą stał WOP –ista, młody chłopak z czynnej służby wojskowej. Włodek nieoczekiwanie dla nas pyta go, czy jest dowódca i jak się nazywa. Kapral odpowiedział mu, że dowódca jest poza miejscem placówki, na odprawie. A jak się nazywa, to nie jego sprawa. Wówczas Włodek poczuł się w swoim żywiole. Zaczął krzyczeć, że dowódca miał na niego, majora tu czekać. Kapral się przestraszył i już na baczność zameldował, że kapitan taki a taki, podając jego nazwisko, będzie za godzinę lub dwie i zaczął nas przepraszać. Pojechaliśmy w stronę granicy, gdzie Włodek zobaczył starszego sierżanta WOP-u. Poprosił go do siebie, żądając pilnego przywołania dowódcy, kapitana i wymienił jego nazwisko. Jednocześnie zaznaczył, że kapitan miał tu na niego, majora czekać.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Starszy sierżant zaczął tłumaczyć, że kapitan chwilowo jest nieobecny, ale czy on może w czymś pomóc. Włodek poprosił go o bezkolejkowe przekroczenie granicy. – Ależ nie ma problemu! Sierżant stanął w drzwiach, obok kierowcy i bez jakichkolwiek korków dobrnęliśmy pod samo przejście graniczne, gdzie protekcja naszego opiekuna wpłynęła na błyskawiczną odprawę przez celników polskich i rosyjskich. W czasie jazdy Włodek znalazł z nim wspólny język, doszukali się koleżków i znajomych z jednostki wojskowej w Kętrzynie.

Włodek Włodarczyk na zdjęciu wykonanym dwa lata przed jego śmiercią

O Włodku można snuć opowieść od wieczora do rana. Fenomen jego osobowości już się nie powtórzy. Miał jedną zaletę, a może wadę - pił jak smok, ale nigdy się nie upijał, po prostu jak miał dość, to kończył. Tylko że on rzadko miał dość, przeważnie, to jego współtowarzysze mieli dość. Na drugi dzień, nawet po wielkiej balandze, Włodek bywał wykąpany, ogolony, w czystej koszuli, pod krawatem i już gotowy do następnej balangi. Kiedyś, gdy nocowaliśmy razem w dwuosobowym pokoju w hotelu, już skoro świt Włodek urządzał w łazience swoją toaletę, a ja zdenerwowany na niego, że nie daje mi spać! Głównie byłem wkurzony na swojego kaca. Włodek na moje narzekania, rzekł: - Lesiu! Wśtawaj ciódny dzionek, trzia zmontować klinka na źdrowe siamopociucie. Każdy nowy dzień, to nowa Włodka przygoda, szkoda, że została przerwana. Nie byłem na jego pogrzebie, nawet nie wiedziałem, że zmarł, przebywałem wówczas na kuracji sanatoryjnej. Że Włodek poważnie choruje, wiedziałem – leczył się w Poliklinice Olsztyńskiej, gdzie mieliśmy zaprzyjaźnionego dyrektora naczelnego. Włodek, podobnie jak Jurek Jusis, nie przestrzegał zaleceń medycznych. Podstawowym i pierwszym zaleceniem był całkowity zakaz picia alkoholu, ale to nie dla nich – przegrali.

Włodek zmarł w kwiecie wieku, został pochowany na naszym cmentarzu komunalnym w Szczytnie.

Gdy skończyłem już pisać felieton o nim, w ostatniej chwili otrzymałem wiadomość, że jest zdjęcie Włodka, które uwidacznia go w całej posturze, dwa lata przed śmiercią. Fakt, że niewyraźne i z oddali, ale to jest właśnie cały Włodek Włodarczyk.

Leszek Mierzejewski

(cdn.){/akeebasubs}