... blaszane i drewniane zasilają moją kolekcję antyków w Gabinecie Wspomnień i przywołują miłe wspomnienia.

Zegary...
Od czasu do czasu bywam w jędrzejowskim Ogrodzie Czasu. Na zdjęciu z prawej – Tomasz Muraszko w zakładzie zegarmistrzowskim swojego ojca Stanisława

Pierwszy zegarek dostałam na komunię i mam go do dziś. Jest tak maleńki i niepozorny, że aż trudno uwierzyć, iż sprawiał radość i poniekąd budził zazdrość. Bowiem nie wszyscy, w latach 60., mogli się takim przedmiotem poszczycić. Długo mi służył, gdyż był naprawiany i konserwowany w Zakładzie Zegarmistrzowskim Pana Stanisława Muraszki. Do słynnego wówczas zegarmistrza prowadzącego usługi przy ul. 1 Maja zabrał mnie mój ojciec. Naprawy odbywały się „od ręki”, a opłaty były niewygórowane. Pan Stanisław zawsze znalazł czas na miłą rozmowę, a jego fachowość i podzielność uwagi zadziwiały. Ówczesny zakład usługowy stanowił także specyficzne muzeum. Pan Stanisław zbierał i eksponował na ścianach i półkach różnorodne zegary - takie z kukułką, tykające i brzęczące. Niedawno poprosiłam Tomka Muraszkę, syna ówczesnego mistrza, o fotkę prezentującą wnętrze zakładu. Kolega poszperał w rodzinnym albumie i na potrzeby tego felietonu udostępnił fotkę, na której widać właśnie jego w zakładzie ojca.

Z kolei na wielu zdjęciach w moim domowym archiwum widać na mojej prawej ręce zegarki, bo przyznam, że kilka takowych posiadałam i oczywiście u pana Muraszki naprawiałam. Przypomnę, że w czasach „normalnych zegarków” lewa ręka była nimi ozdabiana. Spieszę więc z odpowiedzią, by wytłumaczyć czemu ja ten przedmiot nosiłam na prawej.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Otóż w siódmej klasie szkoły podstawowej zostałam wysłana do dziadków mieszkających przy ulicy Suwalskiej w Szczytnie po jabłka. Mama na obiad przyrządzała krupnik, na drugie placki ziemniaczane. Obowiązkowo w moim domu do placków podawano kompot z jabłek. Wskoczyłam na rower i pomknęłam po kompotowy rarytas. Tak mi się spieszyło, że już nie miałam czasu otwierać furtki i przez płot wskoczyłam do sadu. Pośpiech okazał się zgubny, przewróciłam się i... straciłam przytomność. Gdy ją odzyskałam, a nastąpiło to w szpitalu, do którego powiozła mnie karetka, okazało się, że mam paskudnie złamaną lewą rękę i to w łokciu, na dodatek z przemieszczeniem. Wiadomo, sytuacja niefajna, ale gdy zobaczyłam gips na swojej lewej ręce z przestrachem spytałam: „A gdzie mój zegarek?”. Tym zapytaniem rozbawiłam wszystkich. Zegarek oczywiście się znalazł i natychmiast przypięty do prawego przegubu oddalił myśli o cierpieniu pourazowym. Do szkoły wróciłam z białą, wzbudzającą zaciekawienie ozdobą. Koledzy mój tornister nosili, a koleżanki pytały: która godzina? Zniecierpliwiona odpowiadałam: „wpół do komina, komin otwarty wpół do czwarty”. Powrót do sprawności trwał bardzo długo, więc nowe przyzwyczajenie sprawiło, że został na prawej ręce.

Teraz już nie ma znaczenia, na której ręce nosimy zegarki liczące kroki, mierzące ciśnienie itp. Obecnie, gdy ktoś pyta o godzinę, to zwykłam odpowiadać: „Twoja szczęśliwa”. W Gabinecie Wspomnień faktycznie troszkę się zegarów zebrało, ale prawdziwego zawrotu głowy można dostać odwiedzając Muzeum im. Przypkowskich w Jędrzejowie, popularnie zwane Muzeum Zegarów. Byłam tam i przyznam, że kolekcja zgromadzonych zegarów słonecznych i przyrządów astronomicznych robi wrażenie. Muzeum powstało w oparciu o prywatną kolekcję lekarza z Jędrzejowa Feliksa Przypkowskiego, a rozbudowane zostało przez jego syna Tadeusza Przypkowskiego. Zawsze gdy jestem w tamtych stronach zaglądam do Ogrodu Czasu i spaceruję, podziwiając kunszt pomysłodawców tego zakątka. Wówczas czasu nie liczę, a słońce zdobi moje oblicze. Tam słoneczne zegary nie tykają i tylko szczęśliwy czas odmierzają.

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}