Zosię Żarnoch osobiście poznałem dopiero w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Uczestnicząc w życiu polityczno – administracyjnym miasta Szczytna, wcześniej znałem ją jednak tylko „z widzenia”.

Zofia Żarnoch (cz. 1)
Zofia Żarnoch w czasach młodości

Poznałem ją jako „upierdliwą” radną miejską, gdyż przyszła do mnie z grupą mieszkańców ulicy Bema. Wówczas chciała wywalczyć ponowne otwarcie przejścia przez teren szpitala, bezpośrednio do ulicy Kochanowskiego. Rozpoczynałem wtedy rozbudowę szpitala, konkretnie budowę nowej kotłowni i pralni – więc nie mogłem załatwić ich petycji. Skłóciliśmy się z Zosią, nie potrafiłem jej przetłumaczyć, że to teren zamknięty, teren budowy! Jej chodziło o dobro mieszkańców! Rozumiałem, że działa w dobrej intencji, ale jej upór wywarł na mnie negatywne wrażenie.

Nie przypuszczałem wówczas, że po 18 latach zaprzyjaźnimy się, będziemy najbliższymi sąsiadami i do tego radnymi z jednego klubu VI kadencji Rady Miejskiej w Szczytnie.

Poznałem bardzo dobrze jej męża Bolesława i ich córkę, która wyszła za mąż za mojego pracownika Roberta Siudaka. Robert przed pójściem do pracy w policji, konkretnie do Ruchu Drogowego – pracował pod moim kierunkiem, w służbie zdrowia. Później i z nim zasiadałem w Radzie Miejskiej.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Zofia Żarnach była starsza ode mnie o równe dwa lata, urodziła się w czasie okupacji niemieckiej, w maju 1944 roku. Przyszła na świat w Starym Myszyńcu, więc była rodowitą Kurpianką. „Mazurką” została na początku lat siedemdziesiątych, dzięki mężowi Bolkowi też Kurpiowi, który został skierowany do pracy w Milicji Obywatelskiej w Jedwabnie. Od tamtej pory osiedlili się w naszym powiecie. Po kilku latach z Jedwabna przeprowadzili się do Wielbarka, później na stałe do Szczytna.

Zofia Żarnoch (z lewej) i Ewa Czerw podczas obrad Rady Miejskiej w Szczytnie, lata 90.

Ojciec Zosi był kolejarzem, pomocnikiem maszynisty. Gdy miała trzy latka, w 1947 zginął, a faktycznie został zabity w czasie napadu na pociąg, który prowadził przez niemieckich niedobitków, kryjących się w lasach.

Matka Zosi, która miała „małą maturę”, tj. 9 klas szkoły średniej, pracowała w miejscowym urzędzie gminy, dość szybko wyszła powtórnie za mąż, również za kolejarza. Ojczym dla Zosi dobrym był i porządnym ojcem. W 1949 roku urodziła się młodsza siostra, więc matka przestała pracować zawodowo i zajęła się gospodarstwem domowym. Natomiast cały czas działała w konspiracji, za co zresztą w późniejszych latach została odznaczana.

Koniec lat czterdziestych i lata pięćdziesiąte nie były politycznie przychylne dla matki Zosi, aktywnej działaczki społecznej. Była wyjątkową osobą, bardzo poważano ją we wsi i w okolicach Starego Myszyńca. Dziś porównywalibyśmy jej działalność społeczną do funkcji mediatora. Po prostu każdy do niej przychodził ze swoimi problemami, kłopotami…

Zosia Żarnoch szkołę podstawową w Myszyńcu skończyła w 1958 roku i w tymże samym roku rozpoczęła tam naukę w Zasadniczej Szkole Rolniczej. W czasie nauki wstąpiła do Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Z tym, że wcześniej, bo od 1957 roku należała do Związku Młodzieży Wiejskiej.

W międzyczasie została członkiem Ochotniczej Straży Pożarnej. Uczestniczyła w prawdziwych akcjach gaśniczych. Należy nadmienić, że straż wtedy była mniej sprawna technicznie w porównaniu z dzisiejszymi czasami, bo np. wozy bojowo – gaśnicze, co prawda, były, ale konne! Wówczas podstawowy sprzęt stanowiły bosaki, topory i ręczne pompy, które pompowały wodę z najbliższej studni lub zbiornika. Natomiast pożary były bardziej uciążliwe, bo ogień szybko potrafi się rozprzestrzeniać – z racji, że w tamtych czasach na Kurpiach wszystkie domy były zwarte i drewniane, przeważnie strzechą kryte!

Leszek Mierzejewski

(cdn.){/akeebasubs}